Zyta Gilowska twierdzi, że zlikwidowane będą instytucje "niepotrzebne", "archaiczne" i "wywodzące się z 50. lat XX wieku". Mówi, że walka z biurokracją nie powinna wpłynąć na zwiększenie bezrobocia, bo zadania likwidowanych instytucji przejmą instytucje z zewnątrz. "Niektóre zadania mogą realizować nawet prywatne firmy" - tłumaczy minister finansów.

"W tych instytucjach pracuje około 100 tys. ludzi, którzy mentalnie tkwią z głębokim socjalizmie. Są wierni zasadzie <czy się leży, czy się siedzi...>, a do tego kręcą interesy. Nie chcemy, by to robili pod parasolem ochronnym państwa" - mówi Gilowska.

Wicepremier powiedziała, że jest już gotowa odpowiednia ustawa. Zlikwiduje ona przede wszystkim ponad 10 tys. samorządowych funduszy celowych (np. funduszy gospodarki zasobami geodezyjnymi i kartograficznymi). Przestanie też istnieć ponad 4 tys. zakładów budżetowych (administrują mieniem komunalnym) i gospodarstw pomocniczych (np. zarządy stołówek pracowniczych przy różnych instytucjach). Do tego dojdzie kilkanaście tysięcy innych małych jednostek budżetowych (w tym tzw. państwowe osoby prawne). W zapomnienie pójdzie też 3 tys. regionalnych funduszy ochrony środowiska i gospodarki wodnej.

Szefowa resortu finansów wyliczyła, że dzięki likwidacji tych instytucji w "krwiobiegu" finansowym państwa znajdzie się dodatkowych 16-17 mld zł. Tym samym dzięki ograniczeniu biurokracji, oszczędności państwa mogą wynieść minimum 10 mld zł w ciągu dwóch lat.

Nad uczciwym podziałem tych środków mają czuwać instytucje kontrolne. W urzędach centralnych (w tym w ministerstwach) inspekcje ma prowadzić Najwyższa Izba Kontroli. Samorządy sprawdzać będzie 16 regionalnych izb obrachunkowych. Ma to uszczelnić system finansów państwa tak, aby nie dochodziło w nim do niekontrolowanych "wycieków".