Orzeczenie Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości ucieszyło miliony Polaków, którzy po 1 maja 2004 r. sprowadzili z Unii używane auta i zapłacili za nie sięgającą 65 proc. ceny akcyzę. Teraz państwo powinno im zwrócić pieniądze, bo trybunał uznał, że podatek nie może być większy niż ten na nowe samochody, czyli 3,1 proc. ceny, jeśli silnik ma pojemność mniejszą niż 2 litry i 13,6 proc., gdy większą.

Ale wcale nie jest pewne, że pieniądze odzyskamy. Może się bowiem okazać, że nagle mamy do zapłacenia jakiś nowy podatek, który wyniesie tyle, ile mielibyśmy dostać zwrotu. "W naszym państwie wszystko jest możliwe. Nie można więc wykluczyć i takiej ewentualności" - mówi dziennikowi.pl Janusz Grobicki, ekspert z Centrum im. Adama Smitha. "Ale najlepiej byłoby, gdyby rządzący zrozumieli, że jeśli Unia uznała akcyzę za nielegalną, to należy to przyjąć bez dyskusji i zwrócić ludziom nadpłacone pieniądze" - dodaje.

Tymczasem już wiadomo, że jeśli ktoś złoży wniosek o zwrot akcyzy, w pierwszej kolejności państwowi spece sprawdzą, czy nie wpisał w umowie za niskiej ceny. Jak? Oszacują, ile auto w czasie, gdy je kupowaliśmy, warte było na polskich giełdach. W większości wypadków okaże się, że więcej, bo przecież nie po to jeździliśmy po nie za granicę, by za nie przepłacać, ale żeby zaoszczędzić.

Specjaliści od ekonomii alarmują: takie podejście do sprawy to absurd! "Jeśli jeszcze miesiąc temu uznawano, że cena zapisana w umowie jest dobra, bo od niej naliczano podatki i nikt jej dotąd nie kwestionował, dzisiaj także nie powinno się jej podważać" - oburza się Janusz Grobicki.