Rosja bardzo poważnie wzięła się za rozwiązanie problemu handlu ropą i jej tranzytu przez Białoruś. Poniedziałkowe przykręcenie kurka na rurociągu "Przyjaźń", przez co trzy dni pozbawione ropy były Polska oraz m.in. Węgry, Czechy i Słowacja, dało im do zrozumienia, że żarty się skończyły. Bo Unia ostro skrytykowała takie praktyki. Stojące na jej czele Niemcy poddały w wątpliwość sens rozmów z Władimirem Putinem o współpracy energetycznej, skoro takie numery wycina bez zapowiedzi.

Teraz Rosja i Białoruś gorączkowo starają się dojść do kompromisu. Tym bardziej że przypieczętowaną podpisami umową zainteresowany jest cały świat. Premierzy obu państw Michaił Fradkow i Siarhiej Sidorski najpierw spotkali się w Moskwie w cztery oczy. Ustalili po męsku szczegóły dzisiejszego spotkania, a potem dopuścili do głosu swych ekspertów.

O co kruszą kopie? Tego nie wiadomo, bo rozmowy toczą się za zamkniętymi drzwiami. Ale pewne jest, że chodzi o pieniądze - z eksportu białoruskiej żywności do Rosji, którą odbiorca właśnie ograniczył, sprzedaży ropy, na którą służby Putina nałożyły ogromne cła oraz opłat za jej tranzyt, które z kolei chcą utrzymać Białorusini (chwilowo ich nie pobierają, bo inaczej Rosjanie nie puściliby "Przyjaźnią" ropy).

Spotkanie ma potrwać do wieczora. Wczorajsze negocjacje trwały aż 15 godzin. I nic dziwnego, bo Putin polecił swym ministrom, by wszystko ustalili do końca tygodnia. Czasu mają więc niewiele.