"Będą podwyżki dla każdego emeryta i rencisty w przyszłym roku" - grzmiała niedawno minister finansów Zyta Gilowska. Tłumaczyła skomplikowany system tzw. waloryzacji rent i emerytur po 1 stycznia, czyli powiększania ich o stopień inflacji (ogłasza go co miesiąc Rada Polityki Pieniężnej) i wskaźnik wzrostu płac (ten z kolei publikuje Główny Urząd Statystyczny).

Miało być tak, że jeśli inflacja i płaca średnia w Polsce statystycznie wzrosną, wzrosną też emerytury i renty. W najlepszym wypadku o kilkanaście złotych. Emeryci i renciści cieszyli się, ale teraz może okazać się, że zrobiono sobie z nich niesmaczny żart.

Bo choć przepisy są, nie ma pieniędzy. Jak poinformowała właśnie minister pracy Anna Kalata, w przyszłorocznym budżecie o dodatkowych funduszach na podwyżki emerytur i rent zapomniano. Brakuje na nie 660 mln zł.

"Prowadzimy w tej sprawie rozmowy. Szukamy tych środków" - mówi Kalata. Ale nie od dziś wiadomo, że trzeba komuś zabrać, by komuś dołożyć. Ciekawe, kto tym razem na tym zamieszaniu straci.