Na szczęście wstrzymanie wypłat zasiłków dla bezrobotnych nam nie grozi. Pieniądze na ten cel będą - z kolejnych kredytów bankowych. To jednak nie może trwać wiecznie. Pożyczki trzeba oddać i to wraz z odsetkami. Tak więc, w kolejnych latach miliony złotych, zamiast do osób najbardziej potrzebujących, trafią do banków.

W tym roku - tylko na spłatę odsetek i pokrycie kosztów obsługi kredytów bankowych - Fundusz Pracy wyda około 300 mln zł. To aż o 120 mln zł więcej, niż wydajemy na szkolenia dla bezrobotnych czy organizację robót interwencyjnych. Obsługa długów zaciągniętych w bankach kosztuje także więcej niż zapomogi dla bezrobotnych, którzy chcą założyć własną działalność gospodarczą. W ubiegłym roku z takich pożyczek - na łączną kwotę 250 mln zł - skorzystało prawie 25 tys. bezrobotnych.

Główny ekonomista Banku BPH, Ryszard Petru uważa, że sytuacja funduszu jest typowym przykładem zamiatania pod dywan zobowiązań budżetu. Długi rosną w funduszach okołobudżetowych, dzięki czemu wykazywane oficjalnie niedobory w państwowej kasie są mniejsze - czytamy w "Życiu Warszawy".

W ubiegłym roku zadłużenie Funduszu Pracy przekroczyło 3,3 mld zł. Fundusz Ubezpieczeń Społecznych, z którego wypłacane są renty i emerytury, jest zadłużony na 7 mld zł. Pamiętajmy, że ostatecznie wszystkie te zobowiązania i tak spłacimy my - podatnicy.