Dzisiejszy system emerytalny w Polsce opiera się na zdefiniowanej składce pracujących, która odprowadzana jest na indywidualne konta emerytalne w ZUS. W momencie przejścia na emeryturę na jej podstawie wyliczane jest świadczenie (przez podzielenie zaoszczędzonej sumy przez dalsze oczekiwane trwanie życia). Mechanizm działa według zasady: ile odłożysz, tyle dostaniesz.

Jeśli pomysły PiS wejdą w życie, emerytura w dużo większym stopniu będzie zależała od okresu pracy. Najważniejszą zmianą może być uniezależnienie wysokości świadczenia od przewidywanej długości życia. System zdefiniowanej składki automatycznie się tu dopasowuje. Choć w sposób, który emerytom nie musi się podobać, bo obcinając wysokość świadczenia. Według zasady – im niższy wiek emerytalny, tym niższe świadczenie. Obecny system został wprowadzony, by minimalizować koszty dla podatników. Zwłaszcza w obliczu pogarszającej się sytuacji demograficznej.

Czy nowy byłby bardziej kosztowny? W praktyce nie musi. System emerytalny to faktycznie sposób redystrybucji nadwyżki wypracowanej przez osoby aktywne zawodowo pomiędzy emerytów. Jego koszt dla finansów publicznych czy korzyści dla emerytów zależą od konkretnych parametrów. Z zapowiedzi prof. Hrynkiewicz wynika, że proponowany będzie bardziej kosztowny od dzisiejszego. Posłanka PiS proponuje m.in. znaczącą podwyżkę emerytur minimalnych.

– Emerytura ma zastąpić utracony z powodu podeszłego wieku dochód z pracy, powinna być na tyle wysoka, by dostarczyła potrzebnych środków utrzymania – podkreśla prof. Hrynkiewicz. Czyli powinna wystarczyć na opłacenie mieszkania, wyżywienie, ubranie, leki. A także zapewnić środki na opiekę czy pomoc. Dlatego zdaniem prof. Hrynkiewicz nie powinna być niższa od minimum socjalnego.

Jak wylicza Instytut Pracy i Spraw Socjalnych, w 2014 r. minimum to wyniosło w przypadku jednoosobowego gospodarstwa emeryckiego 1070 zł. Gdyby emeryci mieli tyle dostawać na rękę, to brutto ich emerytura musiałaby wynosić 1400 zł. Dziś to 880 zł, co oznacza że trzeba byłoby podwyższyć ją o 60 proc. A to mogłoby oznaczać konieczność wielomiliardowych nakładów z budżetu. Jak wynika z naszych wyliczeń, dla samego KRUS oznaczałoby to konieczność wyłożenia dodatkowo około 8 mld zł. A w przypadku wszystkich emerytów i rencistów efekt mógłby się zbliżyć do dwukrotności tej kwoty, czyli około 0,5 proc. PKB.

Koncepcja, nad jaką pracują eksperci PiS, dopuszcza przywrócenie możliwości przechodzenia na wcześniejsze emerytury, które zostały – poza wyjątkami – zlikwidowane w 2009 r. przy okazji wprowadzenia emerytur pomostowych. A to także podwyższałoby koszty.

Jednak na razie nie ma mowy ani o dokładnych wyliczeniach skutków dla emerytów, ani kosztów dla finansów publicznych. Dokładny projekt zmian mamy poznać w nowej kadencji. Ma być obudowany ekspertyzami i wyliczeniami. Pieniędzy na ten cel PiS zamierza poszukać, upowszechniając płacenie składek emerytalnych.

Dziś w podobnym kierunku zmierza rząd, ozusowując np. umowy-zlecenia do poziomu minimalnej płacy. PiS zamierza iść dalej i dążyć do pełnego oskładkowania pracy. Dziś są wyjątki, np. trzydziestokrotność, czyli osoby, które w ciągu roku uregulują składkę odpowiadającą tej od 30 przeciętnych wynagrodzeń, przestają płacić na ubezpieczenie społeczne. – Moim zdaniem takie ograniczenie nie jest słuszne – mówi prof. Hrynkiewicz. Wprowadzono je w systemie zdefiniowanej składki, by nie było zbyt dużych emerytur, ale likwidacja zdefiniowanej składki oznacza możliwość odejścia od tego rozwiązania.

PiS liczy także na znaczący wzrost płac, co podwyższyłoby wysokość wpływających składek emerytalnych do ZUS.

Zmiany oznaczałyby kolejny przewrót w systemie w ciągu 16 lat.

Ich zapowiedzią może się okazać propozycja Andrzeja Dudy w sprawie obniżenia wieku emerytalnego. W PiS są dwie koncepcje. Jedna to faktyczne odwrócenie reformy Donalda Tuska i przywrócenie poprzedniego wieku emerytalnego 60 lat dla kobiet i 65 dla mężczyzn. Druga – nad którą mają pracować eksperci związkowi razem z ekspertami prezydenta – to wprowadzenie stażu jako dodatkowego kryterium przejścia na emeryturę (mowa o 40 latach).

Główny spór może dotyczyć tego, jak definiować staż. To rozwiązanie ma być skierowane do osób wyeksploatowanych pracą fizyczną. Problem jednak w tym, że akurat takie osoby mogą mieć problem z udokumentowaniem długiego okresu pracy (po 1989 r. wiele zakładów upadło, dokumentacja często poginęła).

Z kolei osoby w wieku przedemerytalnym często zatrudniane były na umowy, od których nie odprowadzano składek na ubezpieczenia społeczne. W efekcie może się okazać, że najłatwiej tego typu stażem będą mogły się wykazać osoby zatrudnione w urzędach, a nie faktycznie pracujące fizycznie.

PiS częścią pomysłów emerytalnych może się podzielić w kampanii wyborczej do Sejmu. Gesty pod adresem wyborców będą wówczas w cenie. Wczoraj rzecznik rządu Małgorzata Kidawa-Błońska potwierdziła w Kontrwywiadzie RMF FM, że rząd rozważa podniesienie kwoty wolnej w podatku PIT. Jesienna kampania może przybrać postać finansowej licytacji o względy wyborców.

Na podwyżki dla emerytów trzeba by wydać około 8 mld zł

ROZMOWA

Te propozycje są ryzykowne dla gospodarki

MAREK CHĄDZYŃSKI: Prawo i Sprawiedliwość pracuje nad zmianą emerytur: system zdefiniowanej składki ma zostać zastąpiony tym zdefiniowanego świadczenia. To dobra informacja?

JAKUB BOROWSKI: Jest prawdopodobne, że przejście od systemu zdefiniowanej składki do systemu zdefiniowanego świadczenia w dłuższym czasie będzie rozwiązaniem bardzo kosztownym dla finansów publicznych. Bo żeby to miało sens, to zdefiniowane świadczenie musi być wyższe niż dzisiejsza minimalna emerytura.

To znaczy, że zmiana nie jest potrzebna? Obecny system działa jak należy?

System zdefiniowanej składki, nawet w wydaniu, jakie obowiązuje u nas – z ustawionym minimalnym wiekiem emerytalnym – zachęca do dłuższej pracy. Wysokość emerytur zależy tu od wielkości odprowadzanych składek, a więc wynika z osiągniętych dochodów w czasie pracy zawodowej. Z tego punktu widzenia to dobre rozwiązanie. To jest największa wartość reformy emerytalnej, którą wprowadzono w 1999 r., trudno ją podważyć.

Chyba nie do końca tak jest. Co z umowami śmieciowymi, które nie są ozusowane?

Umowy-zlecenia powinny być ozusowane w pełni, a nie tylko do poziomu płacy minimalnej. W tym kierunku obecny system powinien być modyfikowany. Trzeba to jednak połączyć z jakimś zmniejszeniem kosztów pracy po stronie przedsiębiorców, obniżyć w ten sposób klin podatkowy, który zwiększy się po wprowadzeniu składek. Druga sprawa, nad którą należałoby dyskutować, to podnoszenie wieku emerytalnego. Trzeba monitorować, jak zmienia się średnie dalsze trwanie życia po przejściu na emeryturę. Jeśli będzie się ono wydłużać, to trzeba będzie rozważyć dalsze podniesienie wieku emerytalnego. I to tyle. System zdefiniowanej składki jest dobry, bo przyszły emeryt widzi związek między tym, ile dziś zarabia i jak długo pracuje, a wielkością przyszłego świadczenia. Jeśli takiego związku zabraknie, to dla finansów publicznych i gospodarki system emerytalny zacznie być czynnikiem ryzyka.

Dlaczego?

Ponieważ bodziec, by pracować jak najdłużej, będzie słabszy. Zwłaszcza wtedy, gdy minimalne świadczenie zostanie podniesione. Z jednej strony pojawi się ryzyko wyższych wypłat z systemu, z drugiej – ryzyko niższych wpłat, bo ludzie mogą chcieć pracować krócej. Wprowadzenie zdefiniowanego świadczenia jest złym pomysłem dla systemu finansów publicznych. Co do wpływu na gospodarkę: system, który ma mechanizmy skłaniające ludzi do dłuższej pracy – więc powoduje zwiększenie podaży pracy – dynamizuje wzrost gospodarczy. Takie cechy ma system zdefiniowanej składki. System zdefiniowanego świadczenia działa w przeciwnym kierunku. Poza tym wprowadzenie go nie tylko pozbawi rozwiązania emerytalne ich najlepszego elementu, ale również podważy zaufanie do państwa.

W jaki sposób?

Od 1999 r. – gdy wprowadzono reformę emerytalną – było już kilka dużych zmian. Zaczęto od wprowadzenia zdefiniowanej składki, potem ograniczono składki emerytalne wpłacane do OFE, w końcu dokonano gruntownych zmian w funkcjonowaniu funduszy, przejmując od nich część aktywów w obligacjach i umarzając je. A teraz mielibyśmy kolejną rewolucję, która w zasadzie oznaczałaby cofnięcie się do rozwiązań funkcjonujących w Polsce w latach 90. W ciągu 16 lat w sprawie emerytur zatoczylibyśmy koło. Jeśli do tego dojdzie, to jak można będzie oczekiwać od osób w wieku 40–50 lat – które przyglądają się tej dyskusji – żeby miały zaufanie do systemu emerytalnego w sytuacji, w której w ciągu 16 lat najpierw dokonuje się poważnej reformy, potem kilka razy się go gruntownie zmienia, by na koniec wrócić do punktu wyjścia?

JAKUB BOROWSKI - główny ekonomista Credit Agricole i członek Rady Gospodarczej przy premierze