W wyścigu po władzę od lat obowiązuje w III RP niepisana reguła, że jeśli którejś z głównych partii zaczynają sprzyjać okoliczności, wówczas natychmiast musi wygenerować sobie serię problemów. Być może po to, żeby trzymać się zasad fair play, ponieważ przeciwnik robi dokładnie tak samo.

Reklama

Pamięć ważniejsza od prawdy

W tę regułę idealnie wpisał się Campus Polska Przyszłości, po którym w medialnym obiegu i pamięci pozostały proste zbitki skojarzeniowe. Mówią one, że gdy Platforma przejmie władzę, to z 950 szpitali pozostanie jakieś 130, a następnie PO zabierze się za prześladowanie katolików, aby ci już nigdy nie wrócili do rządów.

Cóż z tego, że autorzy tych przemyśleń nie mieli dokładnie tego na myśli. Od prawdy ważniejsze są pamięć oraz skojarzenia wyborców. Zwłaszcza w momencie, gdy nadciąga kolejna fala epidemii i może znów zacząć brakować szpitalnych łóżek. A poza tym wprawdzie coraz mniej Polaków uczęszcza na msze, lecz wedle danych GUS prawie 33 mln zostało ochrzczonych. To oznacza, że każdy z nich ma prawo się obawiać, iż może zostać kiedyś wzięty (choćby pomyłkowo i pomimo zaprzeczeń) za katolika. To tyle à propos nieszczęsnych, publicznych przemyśleń marszałka prof. Tomasza Grodzkiego i posła Sławomira Nitrasa. W ciągu najbliższych tygodni kolejne odsłony stanu wyjątkowego, kryzysów i afer odsuną w niepamięć Campus Polska. No, może poza jedną drobną rzeczą – mianowicie prelekcją Leszka Balcerowicza, anonsowaną przez jedną z przybudówek Platformy (bo tym de facto jest młodzieżówka Nowoczesnej) jako "Spotkanie z Panem Bogiem".

Podczas swego wystąpienia profesor był arogancki, impregnowany na wszelkie wątpliwości, doktrynerski, czyli taki jak zawsze. Tyle tylko, że czasy nam się strasznie zmieniły. To, co niegdyś zachwycało, dziś coraz więcej osób irytuje lub żenuje. W sumie drobiazg, lecz bardzo wiele przełomów następowało pod ciężarem sumy tysięcy drobiazgów.

Przełom, o którym mowa, to pamięć o latach 90. W potocznym przekonaniu ludzi coś takiego, jak ich pamięć, wydaje się rzeczą niezmienną. Pamiętamy to, czego byliśmy świadkami, zaś historycy opierając się na faktach (jeśli są rzetelni) określają, co naprawdę się wydarzyło. Błąd! Nic bardziej mylnego. Współczesna neuropsychologia zbiera coraz to nowe dowody na to, jak bardzo niestabilny jest "ślad pamięciowy" w ludzkim mózgu. Może zniknąć, przekształcać się, wzmacniać się lub osłabiać. Ba! Kolejne eksperymenty dowiodły, że odpowiednio dozując informacje i emocje da się tworzyć fałszywe ślady pamięciowe. W mózgu człowieka rodzi się wówczas wspomnienie czegoś, co tak naprawdę nigdy się nie wydarzyło. Najskuteczniej takie "fałszywe wspomnienia" wszczepiają ludzie sami sobie, znajdując się w stanie wzburzenia lub stresu.

Skalę tego zjawiska usiłował już dwadzieścia lat temu oszacować Departament Sprawiedliwości USA. Działo się to po wprowadzeniu, jako niepodważalnego dowodu procesowego, śladów DNA. Z przerażeniem odkryto wówczas, że w 85 proc. przypadków z przeszłości, gdy zbadano ślady materiału genetycznego sprawcy zbrodni, wychodziło na jaw, iż był nim ktoś inny niż skazana osoba. Wszystkich niewinnie odsiadujących wyroki (ewentualnie uśmierconych w majestacie prawa) pogrążyły zeznania świadków. Początkowo zakładano, iż ludzie po prostu kłamią na potęgę. Jednak bliższe przyjrzenie się sprawie pozwoliło odkryć niezwykłe zjawisko łatwego tworzenia się fałszywych wspomnień podczas składania zeznań. Nawet drobne sugestie śledczych inicjowały narodziny nowego śladu pamięci. Jednym słowem świadek podczas procesu nie kłamał. On opowiadał z pełnym przekonaniem o tym, co zapamiętał, choć w rzeczywistości była to fikcja, jaka się narodziła w jego mózgu.

Tymczasem rzeczy, które zapamiętały jednostki, tworzą z czasem pamięć zbiorową całych społeczeństw. Jednocześnie zarówno ludzie, jak i zbiorowości podejmując decyzje, robią to w dużej mierze w oparciu o doświadczenia z przeszłości. Czyli o to, co z niej zapamiętali, bo pamięć nas warunkuje. W odniesieniu do niej budujemy nasze poglądy polityczne, wybieramy idee, w które wierzymy, oddajemy nasz głos w wyborach.

George Orwell pisząc w "Roku 1984" (bez oparcia o współczesną naukową wiedzę): "Kto rządzi przeszłością, w tego rękach jest przyszłość; kto rządzi teraźniejszością, w tego rękach jest przeszłość", instynktownie utrafił w samo sedno. Przy czym reguła ta nie tyczy się tylko reżymów totalitarnych. W każdym ustroju politycznym ten, kto narzuci swoją narrację o przeszłości, tak by dominowała w przestrzeni publicznej, zyskuje największe szanse na utrzymywanie się przy władzy. Wyborca "pamięta" bowiem, iż w przeszłości racja była po stronie tegoż przywódcy. Czy jest to prawdą, czy tylko narodził się "fałszywy ślad pamięciowy", pozostaje sprawą drugorzędną.

Jak pamiętamy lata 90.?

Tu pora przejść do kluczowego pytania - jak pamiętamy lata 90.?

Możemy więc pamiętać je tak, jak twardy elektorat PO. Czyli wspominać z dumą dekadę sukcesu transformacji gospodarczej, przeprowadzonej wedle planu i pod przywództwem Leszka Balcerowicza. Po której III RP okazała się najszybciej bogacącym państwem spośród krajów uwolnionych spod jarzma rządów komunistów.

Równie łatwo wybrać sobie pamięć twardego elektoratu PiS. W tym wypadku początki III Rzeczpospolitej jawią się bardzo mroczno. Rozpoczyna je rozkradanie narodowego majątku przez uwłaszczającą się komunistyczna nomenklaturę partyjną i funkcjonariuszy SB. Potem przychodzi Balcerowicz z planem narzuconym mu przez międzynarodowe instytucje finansowe i robi się jeszcze straszniej. Upadkowi rodzimego przemysłu i masowemu bezrobociu tworzysz zblatowanie się części postsolidarnościowej opozycji z postkomunistami. Wspólnie tworzą oni jeden wielki układ na całe ćwierć wieku.

Wracając do reguły Orwella i tego "kto rządził teraźniejszością", to przez pierwsze 25 lat III RP dominowała w mediach i także publicznym dyskursie pamięć o sukcesie transformacji. Opisując rzecz bardziej obrazowo - była ona niczym wspomnienie Antoniego Ptaka. Dawny właściciel ŁKS-u lubił opowiadać, jak będąc skromny posiadaczem szklarni w Piotrkowie Trybunalskim jechał pewnego dnia na początku lat 90. do Łodzi. Po drodze w Rzgowie zobaczył tłum ludzi z łóżkami polowymi, na których wystawili ubrania. Pochodziły one z hurtowni odzieżowych i państwowych zakładów, właśnie bankrutujących na potęgę. Odesłani na bezrobocie robotnicy, zdobywszy tanią odzież, usiłowali tak zarobić na życie. Antoni Ptak zatrzymał samochód, wysiadł i ugrzązł po kostki w błocie. W tym momencie - jak twierdził - wpadł na pomysł, że musi kupić w Rzgowie grunt i postawić tam wielką, zadaszoną halę targową. Każdy posiadacz łóżka polowego, mający dość błota i deszczu, wykupi bowiem w niej dla siebie stoisko. Biznesmen tak uczynił i nim minęło osiem lat, stać go było na własny klub piłkarski, który grając w Lidze Mistrzów zremisował z samym Manchesterem United. Nie sposób się dziwić, iż z takiej perspektywy lata 90. wspomina się z wielkiej rozrzewnieniem. Natomiast trudniej o rozrzewnienie, gdy się marzło przy łóżku polowym z powodu deszczu i błota.

Kaczyński największym przegranym lat 90.

Sześć lat temu, po tym jak PiS niespodziewanie zdobył samodzielną większość w parlamencie, zaczęło się przełamywanie dominującej narracji o latach 90. To też nie dziwi, bo Jarosław Kaczyński był największym przegranym tamtej dekady. Przywódca KPN Leszek Moczulski oraz Solidarności Walczącej Kornel Morawiecki od razu znaleźli się poza porozumieniem zawartym przy Okrągłym Stole. To definitywnie zepchnęło ich na polityczny margines. Bracia Kaczyńscy długo pozostawali w obozie solidarnościowym o krok od zdobycia władzy na dłużej. Pierwszy raz przy Lechu Wałęsie, a drugi - kreując rząd Jana Olszewskiego. Jednak przegrali i wylądowali wówczas tam, gdzie już znaleźli się Moczulski z Morawickim seniorem. Ze zrozumiałych względów obecny prezes PiS nie może promować pierwszej dekady III RP jako dziesięciolecia sukcesów.

W tym momencie warto ponownie odwołać się do reguły Orwella, acz tym razem fragmentu tyczącego się tego, w czyich rękach znajduje się przyszłość. Sondaże jasno pokazują, że wracamy do spolaryzowanego układu sceny politycznej. Znów PiS oraz Platforma zaczynają dominować, a wszystkie inne partie są spychane na margines z poparciem poniżej 10 proc. Oś podziału przebiega dokładnie tak, jak podzielone są wspomnienia o latach 90. Tymczasem w dorosłe życie weszło już pokolenie urodzone po 1989 r., które nie posiada własnych "śladów pamięciowych" z tamtego czasu. Wie tyle, ile zobaczy na starych filmach, przeczyta, usłyszy od rodziców etc. Ewentualnie dowie się podczas prelekcji prof. Balcerowicza, który chcąc nie chcąc stał się najbardziej rozpoznawalnym symbolem liberalnej transformacji ekonomicznej. Symbole zaś bardzo oddziaływają na odbiorców, a także na ich pamięć o przeszłości. Powinny zatem unikać groźby autokompromitacji.

Zwłaszcza że pamięć o początkach III RP może mieć dość siły, by rozstrzygnąć o kształcie rozpoczynającej się dekady. Czują to już chyba instynktownie najważniejsi gracze na naszej scenie politycznej. Kto wygra tę bitwę na kreowanie obrazu przeszłości, okaże się za jakiś czas. Natomiast już możemy być pewni, że Leszek Balcerowicz doczeka się prawdziwego wysypu upamiętniających go, całkowicie sprzecznych ze sobą, epitafiów. I to jeszcze za swego życia.