Jak ustalili podczas środowej kolacji w Brukseli brytyjski premier Boris Johnson i przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen, do niedzieli obie strony mają podjąć wiążącą decyzję w sprawie przyszłości negocjacji. Z tym, że celem tego spotkania ostatniej szansy nie miało być ustalenie kolejnego ostatecznego terminu, lecz próba zbliżenia stanowisk i przełamania impasu w negocjacjach. Tymczasem w komunikatach obu stron napisano, że pomiędzy stanowiskami nadal utrzymują się bardzo duże różnice.

Reklama

Punkty sporne

Główne punkty sporne niezmiennie, od samego początku negocjacji dotyczą trzech spraw - rybołówstwa, tzw. równych warunków gry oraz rozstrzygania sporów. Wprawdzie co jakiś czas media powołując się na źródła informują, że w którymś z tych obszarów nastąpił postęp albo przynajmniej są propozycje kompromisu, ale zazwyczaj te doniesienia są potem dementowane.

Takie przecieki na temat zbliżenia stanowisk najczęściej dotyczą rybołówstwa, gdzie miałby obowiązywać jakiś kilkuletni okres przejściowy, podczas którego stopniowo zmniejszane byłyby kwoty połowowe dla państw UE. UE domagała się od Wielkiej Brytanii utrzymania prawa do połowu na brytyjskich wodach na dotychczasowych zasadach, mówiąc, że jest to warunkiem pełnego dostępu do jej rynku dla brytyjskich ryb i produktów rybnych i naciska na 10-letnią umowę zachowującą obecne kwoty połowowe. Wielka Brytania chciała, aby były one negocjowane co roku, tak jak robią to UE i Norwegia.

Nie widać natomiast żadnego postępu w tym, co Bruksela nazywa równymi warunkami gry. UE obawia się, że Wielka Brytania zacznie stosować "dumping regulacyjny" i chcąc zyskać przewagę konkurencyjną będzie obniżać standardy w zakresie praw pracowniczych, ochrony środowiska, praw konsumenckich. Zatem UE chce, żeby w zamian za dostęp do unijnego rynku dostosowywała się do unijnych regulacji, także tych przyszłych. Londyn uważa, że byłoby to zaprzeczeniem idei brexitu, który polega na tym, by się uwolnić od unijnych regulacji, i zarazem wskazuje cały szereg przykładów, gdzie brytyjskie regulacje są bardziej wyśrubowane niż unijne i gdzie wcale nie zamierza tego zmieniać.

Stanowiska coraz bardziej nieprzejednane

A nawet nie tylko nie ma postępu, ale stanowiska są coraz bardziej nieprzejednane. Jak ujawniły brytyjskie źródła, Francja i Niemcy mają naciskać na to, by Wielka Brytania musiała ponosić konsekwencje, jeśli w przyszłości odejdzie od unijnych regulacji. UE chce mieć prawo do jednostronnego nakładania taryfy celnych na brytyjskie towary, jeśli rząd w Londynie nie dostosuje się do uaktualnień regulacyjnych wprowadzanych przez Brukselę. Pośrednio potwierdził to w środę Johnson mówiąc: Nasi przyjaciele w UE nalegają obecnie, by w przypadku uchwalenia w przyszłości nowego prawa, do którego my się nie dostosujemy, mieli automatyczne prawo do karania nas.

Trzecim polem niezgody pozostaje kwestia tego, co jest określane jako zarządzanie przyszłymi umowami, czyli kto będzie rozstrzygał ewentualne spory i jaka ma być w tym rola Trybunału Sprawiedliwości UE. Wielka Brytania nie zgadza się, by rozstrzyganiem sporów zajmował się TSUE, gdyż jak argumentuje, w oczywisty sposób nie będzie on bezstronny.

Porozumienie w sprawie poza umową

Porozumienie natomiast zawarto w sprawie, która nie dotyczy samej negocjowanej obecnie umowy, ale która negatywnie wpływała na atmosferę rozmów. We wtorek Londyn i Bruksela uzgodniły sposób implementacji postanowień odnoszących się do Irlandii Północnej, zawartych w obowiązującej już umowie o warunkach wystąpienia Wielkiej Brytanii z UE. W efekcie tego brytyjski rząd zobowiązał się do tego, że wycofa z projektu ustawy o brytyjskim rynku wewnętrznym i nie będzie wprowadzał do projektu ustawy o opodatkowaniu spornych klauzul, które dawały mu możliwość odejścia od uzgodnień zawartych w umowie rozwodowej z UE. Bruksela uważała je za poważną przeszkodę w zawarciu umowy handlowej.

Brak porozumienia przed 31 grudnia 2020 roku, kiedy skończy się okres przejściowy po brexicie, oznacza, że od przyszłego roku handel między Wielką Brytanią, a UE będzie odbywał się na ogólnych zasadach Światowej Organizacji Handlu (WTO), czyli będą mogły być stosowane cła, kwoty ilościowe i inne bariery.

Boris Johnson stale powtarza, że wyjście z okresu przejściowego na warunkach australijskich - co jest eufemistycznym określeniem na brak umowy - jest równie dobrym rozwiązaniem, jak z umową i jak zapewnia, nie ma wątpliwości, że Wielka Brytania również będzie w tej sytuacji prosperować. Ale przynajmniej w krótkiej perspektywie brak porozumienia spowoduje poważne turbulencje gospodarcze po obu stronach kanału La Manche. Jak prognozuje Biuro ds. Odpowiedzialności Budżetowej (OBR), brak porozumienia zmniejszy przyszłoroczny PKB Wielkiej Brytanii o 2 punkty proc.