Fundusz odbudowy to całkowicie nowa inicjatywa, która narodziła się w czasie pandemii Covid-19 w Unii Europejskiej. To dlatego, iż koronawirus uderzył mocno w gospodarki państw członkowskich. Z najnowszych prognoz Komisji wynika, że PKB całej UE w tym roku skurczy się aż o 8,3 proc. przy czym w kilku krajach recesja przekroczy 10 proc. PKB. Unijni decydenci uznali więc, że receptą na tę sytuację ma być nie tylko budżet UE, ale też nowy instrument finansowy.

Reklama

W dyskusji na ten temat między stolicami szybko pojawiły się jednak zgrzyty. Doświadczone kryzysem i mocno zadłużone południe UE chciało, żeby środki z koronafunduszu były przyznawane krajom przede wszystkim w postaci grantów. Północ z kolei postulowała przede wszystkim pożyczki. Część bogatszych krajów UE patrzyła na ideę powołania instrumentu krytycznym okiem, obawiając się, że to one będą musiały finalnie spłacać długi tych biedniejszych.

Przełomem w dyskusji okazała się przedstawiona w maju francusko-niemiecka inicjatywa dotycząca funduszu. Kanclerz Angela Merkel i prezydent Emmanuel Macron zaproponowali wtedy, że UE zaciągnie pożyczki na rynkach finansowych, by przeznaczyć 500 mld euro poprzez dotacje dla gospodarek europejskich najbardziej dotkniętych skutkami epidemii. Był to przełomowy moment.

Zgodnie z francusko-niemiecką propozycją państwa członkowskie, otrzymujące fundusze, nie musiałyby spłacać ich ze swoich budżetów krajowych. Dług miałby zostać spłacony z przyszłych unijnych dochodów.

Szybko jednak pojawiła się kontrpropozycja tzw. oszczędnej czwórki, czyli Austrii, Danii, Holandii i Szwecji, które zaapelowały również o utworzenie tymczasowego funduszu naprawczego, zapewniającego wyłącznie pożyczki.

Pod koniec maja oficjalny projekt funduszu, wraz budżetem UE, przedstawiła z kolei Komisja Europejska. Była ona w zasadzie odzwierciedlenie francusko-niemieckiego projektu i w piątek to ona będzie punktem wyjścia do negocjacji. Zakłada ona, że fundusz liczyłby 750 md euro, z czego 500 mld euro byłoby dostępnych dla krajów w formie grantów, a 250 md euro w formie pożyczek.

Skąd miałaby pochodzić te środki? Kwota ma zostać uzyskana w ramach pożyczek na rynkach finansowych, jednak nie bezpośrednio przez państwa, a Komisję Europejską, co zagwarantuje niskie oprocentowanie. Spłata zaciągniętych kredytów ma nastąpić w latach 2028-2058. Aby nie obciążać jednak nadmiernie długiem państw członkowskich, UE chce uzyskać nowe środki własne. KE w swoje propozycji informuje, że nowe źródła dochodów "pomogą" w spłacie pożyczek UE w "sprawiedliwy" sposób.

Te nowe środki własne maja pojawić się już w najbliższych latach. Zwiększenie zasobów własnych w budżecie to postulat również części państw członkowskich, w tym Polski. W tym kontekście wymieniane są m.in. podatek internetowy, podatek od niepoddawanych recyklingowi tworzyw sztucznych czy dochody z systemu handlu emisjami CO2. Eksperci wskazują, że w tych kwestiach ciągle brakuje szczegółów.

W ubiegły piątek przewodniczący Rady Europejskiej Charles Michel zapowiedział przyspieszenie prac w sprawie wprowadzenia nowych źródeł własnych budżetu UE. Zaproponował skoncentrowanie się na trzech obszarach: opłacie od plastiku, granicznej opłacie węglowej i podatku cyfrowym.

KE w swojej propozycji informuje, że możliwe dodatkowe zasoby własne to m.in. zasoby oparte na systemie handlu uprawnieniami do emisji CO2, w tym rozszerzenie tego systemu na sektor morski i lotniczy. Ma to pozwolić uzyskać dodatkowe 10 mld euro rocznie.

Podatek cyfrowy od firm może - zdaniem KE - przynieść do 1,3 mld euro rocznie, a opłata od emisji CO2 na granicach UE do 14 mld euro rocznie.