Dla większości Europejczyków tegoroczne Boże Narodzenie będzie skromniejsze niż poprzednie – wynika z opublikowanego wczoraj badania firmy audytorsko-konsultingowej Deloitte. Recesji nie boją się Niemcy ani Polacy, którzy na święta wydadzą więcej niż w 2010 r. Ale i tak wszyscy w Europie ustępują pod tym względem mieszkańcom Irlandii, która jeszcze rok temu musiała korzystać z bailoutu.
Przeciętnie irlandzkie gospodarstwo domowe wyda w okresie świątecznym 943 euro. To o 40 proc. więcej, niż wynosi europejska średnia, i prawie cztery razy tyle, ile mieszkańcy znajdującej się w znacznie lepszej sytuacji gospodarczej Holandii (260 euro). W rozbiciu na poszczególne składniki świąteczny bilans rozkłada się następująco – 520 euro na prezenty, 258 na jedzenie i 165 na życie towarzyskie. Nie znaczy to jednak, że Irlandczycy nie przejmują się kryzysem – w zeszłym roku przeznaczali na święta 1020 euro, a od 2008 r. ta kwota zmniejszyła się o 411 euro. Ograniczą oni wydatki w każdej z trzech kategorii – o 9,5 proc. na prezenty, 5,5 proc. na jedzenie i prawie 4 proc. na życie towarzyskie. Sześciu na dziesięciu badanych wyjaśnia to obawą, że sytuacja gospodarcza może się pogorszyć, co trzeci – że już jest w długach.
Nie zmienia to tego, że kroku Irlandczykom dotrzymują jedynie mieszkańcy Luksemburga i Szwajcarii, którzy na Boże Narodzenie przeznaczą w tym roku 923 i 841 euro. Przez ostatnie dwa lata to właśnie Luksemburczycy byli liderami tej klasyfikacji, ale i oni postanowili w tym roku lekko zacisnąć pasa. W żadnym z 13 innych objętych badaniem krajów Unii Europejskiej świąteczne wydatki nie przekroczą 700 euro na gospodarstwo domowe. Najmocniej – co nie dziwi – mieszkańcy państw, które już musiały, uciekając przed bankructwem, skorzystać z pomocy finansowej lub są tym zagrożone. W przypadku Grecji spadek wyniósł aż 20 proc. – do 319 euro, Portugalii – o 7 proc., do 463 euro i w podobnym stopniu Włoch i Hiszpanii.
Na przeciwnym biegunie znajdują się Niemcy. Na świąteczne wydatki przeznaczą oni w tym roku 449 euro, czyli o 4,3 proc. więcej niż w 2010 r. Wynika to z tego, że ponad połowa z badanych ocenia, że gospodarka ich kraju się rozwija bądź jest stabilna – tak wysokiego wskaźnika optymizmu nie ma w żadnym innym badanym kraju strefy euro. Wzrosną też wydatki Francuzów, ale tylko o 1,9 proc., choć i tak będą one większe od niemieckich – 606 euro na gospodarstwo domowe.
Reklama
Na europejskim tle nieźle prezentuje się Polska. Tegoroczny świąteczny budżet to 1950 złotych (czyli według kursu z czasu prowadzenia badania 464 euro), podczas gdy w zeszłym roku wynosił on 1800 złotych. Ciekawe jest, że już niewiele nam brakuje do europ ejskiej średniej (583 euro), a wyprzedzamy m.in. największą gospodarkę kontynentu, czyli Niemcy, a także Słowację.
Deloitte, przeprowadzając badanie, przepytało w drugim i trzecim tygodniu września ponad 18 tysięcy osób z 18 krajów – oprócz najważniejszych państw Unii Europejskiej i Szwajcarii, także Rosjan i mieszkańców RPA. I właśnie w tych dwóch ostatnich święta będą w tym roku najbogatsze w porównaniu z poprzednimi. Wydatki wzrosną tam po 10 proc.
Karp zdrożeje w tym roku o 10 – 15 proc.
W tym roku nawet wigilijne karpie zdrożeją. – Podwyżki cen o 10 – 15 proc. są nieuniknione. Karp będzie kosztował ok. 12 zł za kilogram – mówi „DGP” Marian Rabacewicz, jeden ze wspólników rybnego gospodarstwa hodowlanego w Rykach.
Wzrost cen ryb to skutek większych kosztów hodowli. – Pasza, stanowiąca nawet połowę kosztów hodowli karpia, zdrożała w ciągu ostatniego roku o 100 proc. – mówi Rabacewicz. Hodowców dobija też zależny od cen kwintala pszenicy koszt dzierżawy od Agencji Nieruchomości Rolnych Skarbu Państwa łowisk. W tym sezonie rolnicy muszą płacić za nie nawet dwukrotnie więcej niż rok temu.
Hodowcy chcieliby sprzedawać rybę jeszcze drożej niż po 12 zł za kilogram, ale hamuje ich zagraniczna konkurencja. Rybę bowiem można sprowadzić z Czech czy Litwy po blisko 2,1 euro za kilogram, co po doliczeniu kosztów transportu daje 11 – 12 zł. To jest górna granica ceny dla polskich hodowców.
Cała nadzieja, że supermarkety, w których sprzedawane jest 60 proc. ryb, zdecydują się na utrzymanie niskich, promocyjnych cen, aby przyciągnąć kupujących. Karp będzie haczykiem, na którego złowiony ma zostać klient.