Spółki Ryszarda Krauzego notowane na warszawskiej giełdzie straciły wczoraj około 550 milionów złotych. A wszystko dlatego, że akcjonariusze jeden za drugim zaczęli je wyprzedawać, bojąc się, że zarzuty dla biznesmena i jego ewentualne zatrzymanie mogą zaszkodzić jego firmom. Kilka minut po godz. 14 cena akcji spadła prawie o 30 procent - tak źle w spółkach jednego z najbogatszych Polaków jeszcze się nie działo.

Ale spadki wcale nie oznaczają, że wszyscy na nich stracili. Bo kto pokusił się na kupno tracących z minuty na minutę na wartości udziałów, teraz tylko może na nich zarobić. Dzisiaj sytuacja na giełdzie już się bowiem uspokaja. Prokom, Bioton i Petrolinvest zaczynają odbijać wczorajsze straty, ceny idą od rana w górę. To oznacza, że kupione wczoraj po wyjątkowo niskiej cenie akcje przynoszą coraz większy zysk.

Takie gwałtowne spadki zawsze rodzą podejrzenia, że ktoś może specjalnie wykorzystać zamieszanie np. w polityce, jak wczorajsze, i zarabiać potem na tym, co inni stracili. Wystarczy, że jeden czy kilku inwestorów wpompuje nagle w giełdę ich dużą ilość, a już ceny lecą w dół.

To, że akcje spadły, nie oznacza, że wszyscy od razu na nich stracili. Wystarczy, że sprzedali je na tyle wcześnie, by wyjść przynajmniej na zero w stosunku do tego, co wydali na nie np. kilka miesięcy temu. Zwłaszcza że Petrolinvest zyskał ostatnio po tym, jak prasa zaczęła opisywać paliwowe plany Krauzego szukającego za granicą nowych złóż, a więc ceny jego akcji ostatnio rosły.

Czy nikt specjalnie nie spekulował obrotem akcjami, sprawdzi na wszelki wypadek Komisja Nadzoru Finansowego, która czuwa nad wszystkimi transakcjami m.in. na giełdzie. Kiedy są spektakularne zyski albo straty, wszczynane jest oddzielne postępowanie wyjaśniające. I właśnie jej eksperci zaczęli sprawdzać, kto sprzedawał, a kto teraz kupuje akcje firm Krauzego. Wyniki będą znane za kilka tygodni.