Ekonomiści ostrzegali, że stawianie domów i kupowanie działek w takim tempie może skończyć się źle, ale nikt w to nie wierzył. Hiszpanie przed kilkoma laty, tak jak my teraz, budowali się niemal na wyścigi.
Ceny cegieł, blach czy drewna natychmiast poszły w górę. Wzrosła też wartość gruntów. Ale to nikomu nie przeszkadzało. Najważniejsze było, żeby zdążyć. Firmy budowlane parły do
przodu jak szalone, bo popyt na materiały i usługi był tak wielki jak nigdy dotąd.
Teraz jednak nadeszły chude czasy. Bo rynek się zatkał. Kto miał kupić czy postawić swoje M, już to zrobił. Kto miał zdolność kredytową, już się zadłużył. Klientów zaczęło
ubywać. Odczuwa to w Hiszpanii cała gospodarka.
Jak wynika z najnowszego raportu OECD, wzrost gospodarczy na ten rok szacuje się ledwie na 2,7 proc. PKB (wartość wszystkich nabywanych produktów i usług). Co gorsza, spada wartość akcji
spółek sektora budowlanego notowanych na giełdzie, przez co ludzie, którzy je kupili, tracą pieniądze, zamiast je pomnażać.
W Polsce też tak może być. U nas jednak zwolnienie tempa inwestycji ma nastąpić dopiero za kilka lat. Do 2011 roku, jak szacują eksperci, możemy spać spokojnie. Potem ci, którzy grają na
giełdzie, będą musieli pilnie śledzić wartość swoich akcji i sprzedać, zanim zaczną spadać poniżej ceny, za jaką je kupili.
Dobra wiadomość jest taka, że kto boom przeczeka, dom wybuduje spokojnie, bo nie będzie brakowało ani materiałów, ani fachowców, którzy - zamiast wybrzydzać jak teraz - cieszyć się
będą, że mają klienta.