Czy art. 209 k.k. w nowym brzmieniu uprościł orzekanie w sprawach dotyczących niealimentacji?

Reklama

Nic się nie zmieniło. Kluczowa pozostaje zasada: przed wydaniem wyroku trzeba ustalić, czy oskarżony wykazał się złą wolą. Owszem, wypadło z artykułu słowo „uporczywość”. Ponoć nastręczało, zdaniem ministra sprawiedliwości, trudności interpretacyjnych. Ja takich problemów nie mam, a orzekam od lat.

Intencją ministra było zapewne zmniejszenie liczby umorzeń, kiedy dłużnik płacił ledwie raz na kilka miesięcy albo skromną część alimentów.

W art. 209 pozostało określenie „uchyla się”. Żeby przypisać człowiekowi przestępstwo, należy ustalić jego winę. Część osób rzeczywiście ma problemy ze znalezieniem pracy, np. ze względu na zdrowie, czasem osobista sytuacja ulega pogorszeniu. Z drugiej strony są przypadki, kiedy dłużnik rezygnuje z umowy o pracę z premedytacją, by komornik nie wszedł mu na pensję. Sąd jest więc od tego, by ważyć i oceniać.

Zaległość w stosunku do dziecka mierzona kwotą wyższą niż trzy miesiące powoduje, że dłużnik podpada pod przepis prawa karnego – mówił minister Ziobro, wprowadzając zmianę. Wiele osób uwierzyło, że będzie to skuteczny bat na alimenciarzy.

Pytanie, czego te osoby oczekiwały? Że zamkniemy dłużnika w więzieniu i stamtąd będzie spłacał zaległości? Wiele razy pisaliśmy do innych krajów UE, prosząc o wydanie nam obywatela X czy Y, bo zapadł właśnie wyrok w jego sprawie sześciu miesięcy pozbawienia wolności. I dostawaliśmy odpowiedź odmowną. Sens tłumaczenia był taki, że nie wydaje się ludzi za tak drobne sprawy. Wiele systemów prawnych nie przewiduje bowiem przestępstwa niealimentacji. Nie dlatego, że są pozbawione wrażliwości. Chodzi o to, że słabość państwa poznaje się po tym, kiedy problemy społeczne próbuje rozwiązywać za pomocą prawa karnego. Myślę, że istnieją inne metody, by skłonić ludzi do zmiany postawy. Choćby odcięcie od świadczeń socjalnych, wpisanie na listę uporczywych dłużników alimentacyjnych, skuteczna egzekucja komornicza. Dłużnik powinien odczuć wyraźny spadek komfortu życia. Wówczas w jego własnym interesie byłoby wywiązanie się ze zobowiązań. Wypracowanie tych mechanizmów to jednak zadanie obliczone na lata, z szerokimi konsultacjami społecznymi. Prościej jest zmienić artykuł i zrzucić ciężar odpowiedzialności na sędziów.

Jakie wyroki wydaje pan najczęściej?

Nie pamiętam, bym wymierzył kiedykolwiek karę maksymalną, czyli do roku więzienia. Najczęściej są to kary o charakterze wolnościowym, np. ograniczenia wolności. Wysokie grzywny też nie mają sensu. Bo jak człowiek nie płaci starych długów, to i tej dodatkowej kwoty nie wyczaruje. Często zasądzam obowiązek pracy na cele społeczne, bo może w ten sposób wyrobi w sobie prawidłowe nawyki.

Nie brzmi pan przekonująco…

Bo gros tych osób do mnie wraca. Wcześniej czy później. To oznacza, że kara nie spełnia swojego zadania. Tym bardziej że ci ludzie często są alkoholikami. Ktoś powie: „Mają za co pić”. Owszem, ale ja muszę pamiętać, że to choroba. I żeby alkoholik wrócił do społeczeństwa, zaczął spłacać długi, trzeba go zobowiązać do leczenia, aktywnego szukania pracy. Nałożenie na niego takich obowiązków w ramach środków probacyjnych stosuję dość często w parze z warunkowym zawieszeniem wykonania kary lub z karą ograniczenia wolności.

Czy to działa?

Czasem nie, czasem tak.

To może w tym tkwi błąd? Alimenciarze przestali się bać prawa, skoro obchodzi się z nimi łagodnie.

Widmo kary wywoływało w ludziach grozę w czasach, gdy stosowano sznury i pręgieże. Dziś maksymalna kara dla dłużnika alimentacyjnego to rok pozbawienia wolności, z czego zazwyczaj zasądzany jest czas o połowę krótszy. Proszę mi wierzyć: na kimś, kto i tak systematycznie uchyla się od zobowiązań, nie robi to najmniejszego wrażenia.

Reklama