Są trzy państwa azjatyckie, które stają się istotnymi źródłami pracowników: Nepal, Indie i Bangladesz. Czerpie z nich coraz więcej polskich pracodawców - uważa Marcin Kołodziejczyk z Grupy Progres, specjalizującej się w pośrednictwie przy zatrudnianiu osób z zagranicy. Twierdzi, że zjawisko jest tak perspektywiczne, że jego firma zamierza otworzyć biura na Dalekim Wschodzie.

Jego optymizm potwierdzają statystyki Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Widać w nich wyraźny wzrost zainteresowania naszych przedsiębiorstw azjatyckimi pracownikami. W pierwszym półroczu tego roku złożyły one rekordową liczbę wniosków o zezwolenie na pracę dla Nepalczyków (2034 wnioski), Hindusów (1373) i mieszkańców Bangladeszu (935). Razem: 4342, czyli o 341 więcej niż w całym roku 2016.

Powyższe dane dotyczą tylko trzech wspomnianych krajów. Ale liczba całkowita też robi wrażenie - w tym roku urzędy pracy wydały 108 tys. zgód na pracę obcokrajowców, z czego 8 tys. dotyczyło osób spoza Europy, głównie z Azji. Również z tamtejszych republik postradzieckich, choćby Azerbejdżanu, Tadżykistanu i Uzbekistanu. Śmielej sięgamy także po Wietnamczyków, Chińczyków czy Filipińczyków. Obecnie popyt na kandydatów jest ogromy, bo aż 4 na 10 firm planuje w najbliższych miesiącach otwierać rekrutacje. Jednocześnie rosną problemy z pozyskaniem kandydatów, na co uwagę zwraca już ponad połowa pracodawców - zauważa Andrzej Kubisiak z Work Service.

Szefowie innych dużych firm HR mniej lub bardziej bezpośrednio potwierdzają: wydrenowaliśmy już Ukrainę i zaczynamy coraz łapczywiej patrzeć na Azję.

"Nasze szkoły nie przygotowują takich specjalistów"

Zostało nam kilku ostatnich pracowników. Po prostu pokończyły im się roczne kontrakty, a na taki czas mogliśmy ich zatrudnić. Za jakiś miesiąc zaczniemy jednak planować budżet na przyszły rok i będziemy też mogli rozważyć, czy uda nam się sprowadzić z zagranicy kolejną partię pracowników - mówi w rozmowie z DGP Bogusław Mrzygłód, zastępca dyrektora ds. handlu i marketingu energetycznej firmy Remak, która rok temu ściągnęła do siebie 60 spawaczy z Indii.

W Polsce trudno o dobrych i doświadczonych spawaczy. Nasze szkoły niestety nie przygotowują wystarczająco wielu takich specjalistów. Na tych z Ukrainy nie mamy szans, bo większość z nich zatrudniają rosyjskie firmy w rodzaju Gazpromu. Zostają więc rynki azjatyckie. A tamtejsi pracownicy są nieźli i już teraz powszechnie pracują w Arabii Saudyjskiej. To, że i do nas zaczną być masowo sprowadzani, to tylko kwestia czasu - dodaje Mrzygłód.

Przez kilka ostatnich lat rynek pracy ratowali Ukraińcy. I oczywiście wciąż stanowią największą grupę pracowników z zagranicy, ale już widać pierwsze objawy tego, że przybysze znad Dniepru nam nie wystarczą. Jest spora konkurencja na rynku, a część Ukraińców zaczyna też wyjeżdżać na Zachód, więc mniej atrakcyjne branże cierpią na braki kadrowe - tłumaczy Bartosz Loch, szef niedawno powstałej agencji Profi-HR, która specjalizuje się w sprowadzaniu pracowników z Azji, głównie z Indii i Nepalu.  Najbardziej ich brakuje w przetwórstwie spożywczym, które jest przecież w Polsce bardzo ważną częścią gospodarki - tłumaczy i dodaje, że podobnie jest w budowlance oraz specjalistycznych branżach, jak logistyka i mechanika.

W efekcie najwięcej pracowników z tych egzotycznych kierunków pracuje tam, gdzie są firmy wyspecjalizowane w tych chłonnych branżach. Na Mazowszu zgodę na pracę dostało w tym roku prawie 700 Hindusów i prawie 1,2 tys. Nepalczyków. W Warmińsko-Mazurskiem, gdzie łącznie takie zgody dostało tylko 2 tys. pracowników z zagranicy, aż 155 jest z Bangladeszu. Zaskakująco dużo takich zgód w Podlaskiem dostali Turcy (ponad 100), gdzie łącznie wydano zaledwie tysiąc pozytywnych opinii na zatrudnianie obcokrajowca. A odpowiada za to w dużej części firma BAT Augustów, czyli polski oddział międzynarodowej firmy tytoniowej, który przejął część produkcji z niemieckich fabryk, a którym kieruje pochodzący z Turcji Volkan Örük.

Dziś Ukraińcy mogą przebierać w ofertach. Więc gdy mają do wyboru pracę w przetwórstwie rybnym, gdzie w uciążliwym zapachu, w temperaturze pięciu stopni Celsjusza, trzeba filetować ryby, albo przy pakowaniu czekoladek w przyjemnym otoczeniu za te same stawki, to oczywiste, co wybiorą - opowiada obrazowo Marcin Kołodziejczyk, dyrektor ds. rozwoju projektów międzynarodowych w firmie HR Grupa Progres.

Co więcej, po wejściu w życie ustawy o promocji zatrudnienia do zalegalizowania ich pracy wystarczy zgoda z Powiatowego Urzędu Pracy, a gdy zechcą zmienić pracodawcę, procedury zajmują ledwie kilka dni. W przypadku pracowników spoza Europy potrzebna jest zgoda urzędu wojewódzkiego, a gdy pracownik jest niezadowolony, zmiana pracodawcy jest możliwa, choć biurokracja jest znacznie bardziej uciążliwa i zajmuje co najmniej 30 dni, zaś w niektórych województwach nawet kilka miesięcy - dodaje Kołodziejczyk.

W efekcie pracownicy sprowadzeni z Indii czy Nepalu są znacznie mniej mobilni, a więc pracodawca ma większą pewność stabilności ich pracy. A to - jak mówią eksperci - jest obecnie kluczowe dla wielu firm. Nawet bardziej niż oszczędności na wynagrodzeniu. Pracownicy z Azji wcale nie są tacy tani. Przecież dochodzą koszty zapewnienia im mieszkań, dojazdów i opieki do czasu, gdy wdrożą się w nowe środowisko nowego kraju - tłumaczy Bartosz Loch.

Szczególnie, że nastroje w stosunku do obcokrajowców spoza Europy nie są u nas najlepsze. Polacy zaczynają sobie zdawać sprawę, że trzeba przyciągać na polski rynek cudzoziemców, ale najchętniej widzieliby powroty do naszego kraju emigrantów zarobkowych. Te nastroje niedawno przebadał Work Service i jeżeli jeszcze nastawienie wobec pracowników ze Wschodu nie jest najgorsze, to już cudzoziemcy z Azji nie są tak ochoczo witani. Chętnie ich widzi 14 proc. Polaków. A w stosunku do tych z Bliskiego Wschodu pozytywnie odnosi się ledwie 8 proc. badanych - podkreśla w rozmowie z DGP Andrzej Kubisiak. Mimo to Polacy będą musieli się przekonać do emigrantów także z bardziej egzotycznych kierunków. Gospodarka nieubłaganie to wymusi.