Po co nam w ogóle kwota wolna od podatku?
Mateusz Walewski: Funkcją kwoty wolnej jest premiowanie tych, którzy np. pracują nieregularnie, dorabiają tylko od czasu do czasu. Chodzi o to, żeby nie musiały od tego płacić podatku. Z punktu widzenia systemu podatkowego ściąganie podatków od małych dochodów jest tez nieopłacalne. Poszukiwanie i kontrola osób, które zarabiają niewielkie pieniądze, których opodatkowanie niewiele by dało Skarbowi Państwa po prostu się nie kalkuluje. Mamy więc dwa powody ustanowienia kwoty wolnej od opodatkowania. Pierwszy: ulżenie niezamożnym, umożliwienie dorabiania osobom, które często są jeszcze lub już nieaktywne zawodowo. Drugi: uniknięcie sytuacji, w której koszt poboru podatku byłby wyższy od dochodów z niego.

Patrząc z tego punktu widzenia: czy kwota wolna w Polsce jest na odpowiednim poziomie, by wypełniać te założenia?
Nie, ona jest bardzo niska, roczny dochód wolny od opodatkowania niewiele przekraczający 3000 zł jest mniej niż minimalny. Podejmując jakieś dorywcze, drobne prace zarabia się pewnie więcej, więc zgodnie z prawem powinno się od tego płacić podatki . Jeśli ktoś korzysta w Polsce na obecnej kwocie wolnej to pewnie ten, kto bierze jedno-dwa zlecenia w roku. Funkcja wspierania pracy najuboższych kwotą wolną u nas nie działa. Porównując jej wielkość do innych krajów to w Polsce to jedna z najniższych sum w Europie. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta: podwyższanie kwoty wolnej jest bardzo kosztowne dla budżetu, bo w efekcie korzystają z niej wszyscy podatnicy – i ci o niskich dochodach, i ci zarabiający dużo. Jeśli podwyższamy kwotę o jakaś wartość to wszyscy podatnicy w kraju od tej dodatkowej wartości nie zapłacą podatku.

No właśnie, może wicepremier Mateusz Morawiecki ma rację mówiąc o tym, że najbogatsi nie powinni mieć kwoty wolnej. Niektóre kraje stosują tzw. kwotę degresywną, która maleje wraz z wielkością dochodu.
Jeśli ideą kwoty wolnej jest zniesienia obciążenia dla najniższych dochodów, to ona powinna być jednak równa dla wszystkich. Albo uznajemy, że ustanawiamy poziom dochodu wolny od podatku, by nie zniechęcać do drobnej działalności, która też w efekcie przecież buduje gospodarkę, albo traktujemy ją jako element budowania tzw. progresji podatkowej. Bo obniżanie kwoty wraz z rosnącym dochodem sprowadza się do zwiększania obciążeń podatkowych dla zamożnych. Ten sam efekt można osiągnąć przecież podnosząc stawki podatkowe przy zachowaniu jednej, równej dla wszystkich kwoty wolnej.

Ale są jeszcze inne pomysły na brak opodatkowania niskich dochodów. Np. kredyt podatkowy, czyli brak podatków do jakiegoś pułapu zarobków, ale nałożenie go na całość po przekroczeniu tego pułapu. Czy to jest warte rozważenia?
To oznaczałoby potężne opodatkowanie pierwszej złotówki powyżej ustalonego progu. I byłoby silnym bodźcem do nadużyć. Każdy, kto osiągałby dochody minimalnie większe od kwoty wolnej starałby się je ukryć.

Kolejny pomysł stosowany w UE to różne kwoty wolnej dla różnych typów dochodów. Może to jest dobry kierunek zmian?
Rozpatrywałbym to pod kątem skomplikowania prawa. Gdyby różnice w kwotach były duże, a ich rodzajów sporo, to wtedy mamy pewny bałagan w systemie podatkowym. Czas poświęcany na rozliczenia podatków to też koszt. I tu wracamy do pytania, na które zawsze trzeba sobie odpowiedzieć: czy łączne koszty takiego rozwiązania nie będą przypadkiem wyższe, niż korzyść z niego. Służby skarbowe musiałyby przecież badać, czy podatnicy rozliczają prawidłowo kwoty wolne, co oznacza dodatkową biurokrację, ale też dodatkowe administracyjne obciążenie podatnika. I w efekcie, chcąc mu się przysłużyć, zaszkodzimy mu.

A co z uzależnieniem wielkości kwoty wolnej od sposoby rozliczenia podatków? W niektórych krajach np. przy wspólnym rozliczeniu małżonków stosuje się inną sumę, niż przy rozliczeniu indywidualnym. Czy kwota wolna może być sposobem na prowadzenie polityki prorodzinnej?
Można uzależnić wielkość kwoty wolnej od liczby dzieci w rodzinie, czy szerzej liczby członków gospodarstwa domowego. Takie rozwiązania mają sens. Nie opodatkowujemy wówczas dochodu indywidualnego, tylko dochód całej rodziny i można przy tym premiować tych, którzy mają więcej dzieci.

Wracając do pomysłu odebrania kwoty wolnej bogatym – czy oni w ogóle zauważyliby ten fakt? W tym sensie, że jest ona na tyle niska, że pomniejszenie zaliczki na podatek o te kilkaset złotych mogłoby nie mieć dla nich znaczenia…
Jeżeli miałoby to tak wyglądać, że po prostu odbiera się im kwotę wolną na obecnym poziomie to rzeczywiście tak by to wyglądało. Niby zawsze lepiej zapłacić o te kilkaset złotych mniej podatku, ale tak naprawdę dla osób które dużo zarabiają i wpadają w drugi próg podatkowy to miałoby jakieś marginalne znaczenie.

Mówił pan, że manipulowanie wielkością kwoty wolnej może być sposobem na zwiększanie tzw. progresji podatkowej. Ale czy progresja jest w ogóle sprawiedliwa? Wydawałoby się, że bardziej sprawiedliwy jest np. podatek liniowy, równy dla wszystkich.
Wchodzimy tu w dyskusję filozoficzną na temat tego czym jest sprawiedliwość podatkowa. Każdy może ją inaczej rozumieć. Najbardziej zatwardziali liberałowie będą mówić, że najsprawiedliwsze jest pogłówne – podatek płacony w równej kwocie przez wszystkich obywateli. Inni powiedzą, że sprawiedliwy jest podatek liniowy: każdy płaci taki sam procent od swoich dochodów. Jeszcze inni rozumiejący sprawiedliwość społeczną na sposób chadecki, niekoniecznie socjalistyczny, powiedzą, że najlepszy jest podatek progresywny, w którym bogatszy płaci wyższy podatek, bo jest w stanie łatwiej to znieść i nie wyrządza mu to dużej krzywdy, jak w przypadku opodatkowania ludzi biednych.

Patrząc na sprawę np. z punktu widzenia narastania nierówności społecznych – które mają również negatywny wpływ na gospodarkę – który typ opodatkowania jest najlepszy?
Nie ma prostej odpowiedzi. Można walczyć z nierównościami różnymi metodami. Np. stosując podatek liniowy i zwiększając transfery społeczne z budżetu. A można też stosując progresję podatkowa. Progresja też ma swoje pułapki. Gdy źle się ją skonstruuje, gdy najwyższe stawki są zbyt wysokie względem dochodów podatnika, wówczas następuje zjawisko ukrywania tych dochodów, albo tzw. arbitrażu podatkowego – np. zakładania działalności gospodarczej, która jest opodatkowana niżej, niż dochody z pracy. Progresja wygląda atrakcyjnie, jest kusząca, bo można zdobyć punkty społecznego poparcia, ale trzeba uważać, bo łatwo z nią przesadzić.