Nawet sprawdzone metody zaczynają zawodzić. Jeszcze niedawno, gdy skarbówka podejrzewała, że ktoś wydaje więcej, niż mógł zarobić (zataił część dochodów), wystarczyło powiedzieć, że pieniądze pochodzą z prostytucji, i fiskus był bezradny. Takie zarobki nie są opodatkowane. Ale sprawy się skomplikowały. Jeśli ktoś twierdzi, że utrzymuje się z handlu własnym ciałem, musi to udowodnić. Nie pomaga twierdzenie, że usługi seksualne świadczone były w dzielnicy czerwonych latarni w Amsterdamie. I to fiskus jest w stanie sprawdzić. Informacje o pracy za granicą są weryfikowane przez urzędników z innych państw. Na świadków wzywani są rzekomi klienci, a kontrolowany jest proszony o opis świadczonych usług.

Podatnik w ogniu pytań często wycofuje się ze swojej strategii i przyznaje, że nie opodatkowywał wszystkich dochodów – opisuje inspektor skarbowy.

Osoby podejrzewane o zatajenie dochodów przed fiskusem nie składają broni i wymyślają różne inne źródła pochodzenia pieniędzy na zakup mieszkań, domów, samochodów czy drogich zagranicznych wycieczek, które zainteresowały urzędników. Tłumaczą się pożyczkami i darowiznami, pieniędzmi trzymanymi przez babcię w skarpecie od przedwojnia, sprzedażą znalezionych na strychach antyków, wygranymi w kasynie czy nawet tym, że pieniądze te ukradli. W swojej bezmyślności wolą zaryzykować więzienie, niż zapłacić 75 proc. podatku. Tyle tylko, że fiskus nikomu nie wierzy już na słowo i nawet na to, że coś ukradliśmy, muszą się znaleźć jakieś dowody.