"I my tego nie unikniemy. Gdy ludzie zobaczą pierwsze odcinki z niską emeryturą, zrozumieją to" - mówi "Gazecie Wyborczej" Agnieszka Chłoń-Domińczak, wiceminister pracy, która radzi, by "pracować dłużej niż obowiązujący teraz wiek emerytalny".

Dziennik przytacza wyliczenia rządu, które tłumaczą te słowa. Okazuje się, że wchodząca w przyszłym roku reforma "odchudzi" emerytury niektórych Polaków nawet o 25 procent.

Przykład? Nauczycielka w wieku 45 lat z pensją 2 tysiące złotych brutto, gdyby przeszła na emeryturę w tym roku, dostałaby teraz od państwa 1200 złotych. To bardzo mało. Ale kobieta miałaby jeszcze mniej - bo 880 zł miesięcznie - gdyby wyliczono jej świadczenie według nowych zasad.

Chłoń-Domińczak mówi więc, że grupy zawodowe, które za wszelką cenę walczą o tzw. pomostówki, robią sobie krzywdę. "Bo walczą o zachowanie wcześniejszych emerytur, a to się po prostu nie opłaca" - twierdzi wiceminister.

Chodzi o to, że pracując dłużej, więcej odłożymy na swoim koncie w Otwartym Funduszu Emerytalnym oraz na rachunku w ZUS. Od przyszłego roku wchodzi bowiem reforma, która polega na tym, że emerytury nie będą wyliczane według skomplikowanych wzorów matematycznych, lecz zależeć będą od tego, ile zaoszczędziliśmy na naszych kontach w okresie naszej aktywności zawodowej.