Banki miały ściągać od sklepów nawet 1,5 procenta prowizji od opłaconych kartą płatniczą czy kredytową zakupów - dowiedział się nieoficjalnie "Parkiet". Małym sklepikarzom taki haracz się nie opłacał, bo zabierał ogromną część ich zarobków. Broniąc się przed bankructwem, wywieszali więc kartki, że za zakupy poniżej np. 10 zł elektronicznie płacić nie można. To z kolei było bezprawne. Sklepikarzom groziły kary i odebranie terminala do płacenia "plastikowym pieniądzem".

W końcu handlowcy poszli po pomoc do UOKiK-u. Ruszyło żmudne śledztwo. Okazało się, że banki dogadały się nielegalnie między sobą, jakie prowizje pobierać od sklepów za to, że pozwalają im płacić kartami. Sklepikarz był więc bezradny - niezależnie od tego, jaki bank sobie wybrał, każdemu musiał płacić podobne stawki.

A takie ograniczenie konkurencji jest bezprawne. Bo prowizję można sobie wyznaczyć, jaką się chce. Ale nie wolno dogadywać się z konkurencją, że będzie u każdego taka sama. A tak właśnie było w tym przypadku - pisze "Parkiet".

Za zmowę UOKiK nałożył prawie 200 mln zł kary na największe polskie banki (na razie ich nazwy owiane są tajemnicą). Będą one, jak wynika z nieoficjalnych informacji, musiały także wycofać się z zawartego bezprawnie, bo po cichu porozumienia.