Wstrząsy o takiej sile dwa lata temu skończyły się gigantyczną falą tsunami, która zabiła w Azji Południowo-Wschodniej prawie 300 tys. osób. Tym razem zatrzęsło na Tajwanie i skończyło się na odciętej łączności. Niby nic wielkiego, ale banki w Chinach, Japonii, Korei Południowej i na Tajwanie nie mogą przelewać pieniędzy, w wielu miejscach wysiadły telefony, a internet - jeśli w ogóle jest - to działa tak, jakby go w ogóle nie było.

Nie da się jeszcze szacować, jak to trzęsienie odbije się na azjatyckiej gospodarce, ale straty najpewniej pójdą w miliony dolarów.

Kataklizm telekomunikacyjny odciął połączenie Azji z Europą i Stanami Zjednoczonymi. Tak dokładnie, że banki nie znają kursów walut z innych krajów, a giełdy nie będą mogły normalnie pracować. Co więcej, trzęsienie ziemi odbije się także na wielu innych firmach, a także na zwykłych ludziach. Bo trudno dziś wyobrazić sobie życie bez telefonu i internetu.

"Trudno powiedzieć, kiedy uda nam się naprawić połączenia" - bezradnie rozkłada ręce rzecznik KT Corp, wielkiej azjatyckiej firmy telekomunikacyjnej.