Sejm głosami PiS przyjął wczoraj ustawę emerytalną w wersji zaproponowanej przez prezydenta. Wiek emerytalny od października przyszłego roku to 60 lat dla kobiet i 65 dla mężczyzn. Nic nie wskazuje, by Senat miał wprowadzić do ustawy znaczące zmiany.

Ta decyzja kumuluje dwa groźne procesy dla państwa: niższe emerytury dla osób, które skorzystają z tej możliwości, oraz wyższe wydatki z budżetu. Decyzja Sejmu będzie miała wymierne skutki. Pokazują to analizy, jakie dla rządu wykonał ZUS. Wynika z nich, że przeciętne świadczenie dla kobiety przechodzącej na emeryturę w 2018 r. będzie niższe o blisko 200 zł, a dla mężczyzny o 300 zł. W późniejszych latach ta różnica będzie jeszcze rosła. To efekt tego, że składka będzie pracowała krócej na koncie ubezpieczonego.

– Dotrzymaliśmy słowa, przywracamy sprawiedliwość społeczną polskim obywatelom – skwitowała wczoraj w Sejmie głosowanie nad obniżeniem wieku emerytalnego Beata Szydło.

Kiedy rząd poczuje skutki odwrócenia reformy? Rachunek za zmianę przepisów będzie musiał zapłacić już PiS. Pod koniec tej kadencji deficyt w FUS wywołany zmianami zwiększy się do 15 mld zł. Przy napiętych dziś finansach państwa bez wprowadzania nowych podatków może to pokrzyżować pomysły zwiększania wydatków na ochronę zdrowia czy MON. To dlatego ustawa wchodzi w życie w ostatnim kwartale przyszłego roku. Koszty jej wprowadzenia rozłożą się na dwa lata. Jeszcze większym wyzwaniem będzie sfinansowanie kosztów obniżenia wieku w kolejnej dekadzie. W jej połowie zbliżą się do 20 mld zł, które będą musieli znaleźć następcy obecnego rządu. Co więcej, już w wynikach przeglądu emerytalnego, jaki przeprowadził ZUS, znalazły się sugestie, że po tym, jak wiek zostanie obniżony, trzeba go będzie później... podnieść. Bo w kolejnej dekadzie bardzo szybko zmieni się na niekorzyść relacja między osobami w wieku produkcyjnym a emerytami – na koniec 2030 r. na rynku pracy będzie o niemal 1,4 mln pracujących mniej.

Do tego mogą dojść niepokojące skutki społeczne. W skrajnym scenariuszu może dojść do sytuacji, w której kobiety będą przechodziły na emerytury w wieku 60 lat, a następnie po tym, jak dostaną niskie świadczenia, mogą zacząć wywierać presję, by te świadczenia zwiększać, dodatkowo nadwyrężając system.

Presja będzie również ze strony przedsiębiorców. Firmy będą musiały zatrudniać pracowników powyżej 60 lat (kobiety) i 65 lat (mężczyźni), bowiem ich okres ochronny nadal będzie liczony do wieku emerytalnego wprowadzonego za rządów Tuska.

Zatrudnieni, którzy 1 października 2017 r. będą objęci ochroną pracy wynikającą z art. 39 ustawy z 26 czerwca 1974 r. – Kodeks pracy (Dz.U. z 2016 r. poz. 1666), będą mogli korzystać z tego przywileju dłużej, niż będzie wynosić obniżony wiek emerytalny 60 lat dla kobiet i 65 lat dla mężczyzn. A to dlatego, że ich okres ochrony będzie liczony na podstawie podwyższonego wieku emerytalnego. W praktyce oznacza to, że pracodawcy nie będą mogli zwolnić z pracy pań mających nawet 64 lata i panów do ukończenia 67. roku życia.

– W ten sposób rząd premier Szydło ogranicza wydatki ZUS na wypłaty emerytur. Pracownicy bowiem nadal faktycznie będą pracować do czasu osiągnięcia podwyższonego wieku emerytalnego – zauważa Andrzej Malinowski, prezydent Pracodawców RP.

Takie rozwiązanie nie podoba się także Dorocie Wolickiej, wiceprezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.

To skandal! W żadnym przypadku rząd nie może kosztem małych i średnich firm protezować budżetu państwa. Jeśli bowiem na emerytury przejdzie mniej osób, to tym samym mniejsza będzie dotacja budżetowa do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych – podkreśla Dorota Wolicka. – Przedłużenie obowiązkowej ochrony pracowników powyżej wieku emerytalnego może spowodować, że wiele najmniejszych firm zwyczajnie nie utrzyma się na rynku. Tym bardziej jeśli płaca minimalna ma być podniesiona do 2 tys. zł. Skąd firmy mają mieć pieniądze na realizację wszystkich obietnic rządu? – pyta Dorota Wolicka.

Nieco inaczej sprawę ocenia Jeremi Mordasewicz, ekspert ubezpieczeniowy Konfederacji Lewiatan, członek Rady Nadzorczej ZUS.

– Wielu przedsiębiorców będzie rozczarowanych, że nie będzie mogło się rozstać z pracownikami po ukończeniu przez nich obniżonego wieku emerytalnego. Ale tak naprawdę rząd nie miał innego wyjścia, jak wprowadzić takie rozwiązanie. Nie można bowiem odebrać pracownikom praw nabytych – zauważa Jeremi Mordasewicz.

Przyjęte przez Sejm rozwiązanie chwalą jednak związkowcy.

– To świetne rozwiązanie. Istniało bowiem niebezpieczeństwo, że po obniżeniu wieku emerytalnego dojdzie do masowych zwolnień pracowników, którzy osiągną 60 (kobiety) lub 65 lat (mężczyźni) – wskazuje Wiesława Taranowska, wiceprzewodnicząca OPZZ.