Tak, to prawda. Najbardziej zaoszczędzą jednak ci, którzy zarabiają najwięcej i do tej pory płacili podatek o najwyższej, 40-proc. stawce. Najmniej zyskają
natomiast ci o najniższych dochodach, renciści, emeryci, osoby na emeryturach pomostowych. Ale z drugiej strony musimy pamiętać, że system podatkowy to nie jest narzędzie polityki społecznej.
Ma on przynosić dochody budżetowi, a nie ulżyć doli najbiedniejszych. Przyszłoroczna reforma będzie neutralna dla najbiedniejszych.
System podatkowy powinien zachęcać, a nie zniechęcać do dłuższej i wydajniejszej pracy. Niższe podatki powinny zachęcać więc do tego, by więcej pracować. Taki jest zasadniczy cel
przyszłorocznej reformy, zresztą już zaplanowanej w 2007 r. przez poprzednią ekipę rządzącą. Teraz rząd Donalda Tuska jedynie ją realizuje.
To jest dobre rozwiązanie, konsekwentnie stosowane w dojrzałych gospodarkach, w których tnie się najwyższe stawki dla najbogatszych. W Unii Europejskiej najwyższe stawki podatkowe od osób
prywatnych spadły w ciągu ostatnich 10 lat średnio o 5 proc.
Lepiej poczekać na pozytywne skutki przyszłorocznych zmian, kiedy wpływy budżetu zaczną rosnąć. Inaczej mielibyśmy do czynienia ze zbyt dużym szokiem dla budżetu. Chodzi o uszczuplone jego
wpływy. Pogłębienie deficytu budżetowego i całego sektora publicznego w momencie wchodzenia w przyszłym roku do ERM2, czyli przedpokoju strefy euro, byłoby bardzo ryzykowne politycznie. Musimy
pamiętać, że euro zobowiązuje nas do utrzymania deficytu na poziomie poniżej 3 proc. PKB. Jeśli nie będziemy spełniać tego warunku, automatycznie odsunie się od nas termin przyjęcia euro.
A na to ten rząd nie pójdzie. Teraz priorytetem jest dbałość o niski deficyt, nawet jeśli to oznacza zaniechanie poważniejszych reform podatkowych.
Są opinie, że już mamy w Polsce do czynienia z quasi-liniowym podatkiem ponieważ aż 95 proc. podatników płaci według stawki najniższej. Inna sprawa, że najbogatsi płacący do tej pory 30-
lub 40-proc. stawki dają budżetowi dość znaczne wpływy. Jednak patrząc jedynie na liczbę podatników, to praktycznie mamy już podatek liniowy.
Podkręcenie popytu krajowego nie było celem tej reformy podatkowej. U nas nie jest to potrzebne. Poza tym nie należy wykorzystywać systemu podatkowego dla incydentalnej, chwilowej poprawy
koniunktury. Nie temu służą podatki. Mają przynosić wpływy do budżetu, a nie decydować o tym, czy w Polsce więcej lub mniej ludzie kupują.
Oczywiście ta reforma musi kosztować. Dochody fiskusa z tego powodu w przyszłym roku zmaleją o około 8 mld zł.
*Stanisław Gomułka jest głównym ekonomistą Business Centre Club, byłym wiceministrem finansów