W październiku 2016 r., ponad cztery lata przed rozpoczęciem obecnej pandemii, właściciele jednej z hodowli świń w chińskiej prowincji Guangdong zauważyli, że prosięta zaczęły padać jak muchy od choroby powodującej silne wymioty i biegunki. Objawy podobne do tych, które stwierdzili u swoich zwierząt, dawało zakażenie wirusem epidemicznej biegunki świń. I faktycznie, patogen wykryto w pobranych od zwierząt próbkach.
Reklama
Potem jednak stało się coś niepokojącego: testy przestały wykrywać wirusa, a mimo to prosięta wciąż umierały. Ostatecznie padło 25 tys. zwierząt w czterech hodowlach w okolicy. Ognisko choroby samoistnie wygasło kilka miesięcy później, w maju 2017 r. Epidemiologom włos zjeżył się na głowie, kiedy udało im się zidentyfikować winowajcę: był to nowy koronawirus, podobny do jednego z tych, którego nosicielami są nietoperze z rodziny podkowcowatych. Mogło to oznaczać tylko jedno: patogen znów przeskoczył z jednego gatunku na inny, przy okazji siejąc spustoszenie.
Jakby tego było mało, podkowcowate to te same nietoperze, które zidentyfikowano jako nosicieli kuzynów wirusa SARS (prawdopodobnie także SARS-CoV-2). Do pojawienia się nowego patogenu doszło zresztą niedaleko miejsca, w którym w 2002 r. zidentyfikowano pierwszego nosiciela wirusa SARS.

Od kitanek po wielbłądy

W prosięcym przypadku wirus na szczęście nie przeskoczył na człowieka. Nie zmienia to jednak faktu, że taki właśnie będzie najbardziej prawdopodobny scenariusz kolejnej pandemii. Wraz z nasilającą się antropopresją na środowisko człowiek i jego zwierzęta gospodarskie wchodzą w coraz częstszy kontakt z gatunkami, które są naturalnymi rezerwuarami wirusów. Jednym z miejsc, w których się to dzieje, jest właśnie położona na południu Chin prowincja Guangdong: żyje tam mnóstwo gatunków nietoperzy, z których część zaadaptowała się do życia niedaleko siedzib ludzkich – po tym, jak zniszczeniu uległy ich naturalne siedliska.
Podobne zjawiska obserwujemy na całym świecie. Wycinanie lasów nieodwracalnie zmienia środowisko i sprawia, że do nowych warunków adaptują się tylko wybrane gatunki, co niekoniecznie sprzyja nam z epidemiologicznego punktu widzenia. Tak jest np. w Afryce Zachodniej, gdzie na obszarach po wycince doskonale radzi sobie myszorówka. Problem polega na tym, że gryzoń roznosi wirusa, który u ludzi wywołuje gorączkę krwotoczną Lassa. „Jeśli wycina się las, dochodzi do zmiany. Choroby, których wcześniej nie było albo pojawiały się rzadko, nagle stają się powszechne. Niektóre organizmy giną, a niektóre mnożą się jak szalone. Prawdopodobieństwo transmisji w związku z tym rośnie” – tłumaczył niedawno dziennikowi „Financial Times” Fabian Leendertz z Instytutu Roberta Kocha.
Trudno przewidzieć, z którego zwierzęcia przeskoczy na nas patogen odpowiedzialny za kolejną pandemię. Wielbłądy przenosiły wirusa MERS, który jest kuzynem sprawiającego nam dzisiaj problemy SARS-CoV-2, a który – jak się okazało – może infekować również koty i norki. W Australii bakterię powodującą gnicie tkanek przenosi niewielki torbacz, kitanka. Na Czarnym Lądzie nosicielami wirusa ebola są małpy; każde ognisko tej choroby zaczyna się od przeskoku wirusa z człekokształtnego na człowieka.