Szmateksy, lumpeksy, second-handy – czy jak je zwą – wchodzą w wielki świat biznesu. Rośnie wartość tego rynku w tempie 10 – 15 proc. rocznie.Jedna trzecia punktów działa w sieciach, z których 5 największych skupia po ok. 15 – 30 sklepów, ma wyłącznych dostawców za granicą i własne sortownie. Otwiera butiki, gdzie kupisz ubrania od Armaniego i wypijesz kawę.

Reklama

Kryzys gospodarczy, a także moda na tzw. styl vintage sprawiają, że rosną obroty second-handów i w ub.r. przekroczyły 5 mld zł. W tym będą o 10-15 proc. wyższe.To w znacznej mierze zasługa konsolidacji tej rozproszonej do niedawna branży. W ciągu dwóch lat powstało kilkanaście sieci z 10 – 30 sklepami.

Do największych należą: Centrum Taniej Odzieży (woj. dolnośląskie), Sorens (centrum kraju), Vive (woj. świętokrzystkie), Fashion (woj. pomorskie). I szybko się powiększają. Spółka Sorens, która ma dziś 15 sklepów, wprowadziła franczyzę na dwie marki. Jedna – „1,2,3” – to sklepy wielkopowierzchniowe z bogatym i różnorodnym asortymentem. Druga to małe butiki „Laruu”, gdzie sprzedawana jest odzież od znanych projektantów.

Zainteresowanie konceptem jest spore, bo na otwarcie ciucholandu wystarczy już ok 20 – 40 tys. zł. Obroty zależą od lokalizacji sklepu, jego powierzchni, a także od częstotliwości wymiany towaru i jego jakości. – Największe i najlepiej zarządzane sklepy mogą mieć nawet po 15 – 20 tys. zł obrotu tygodniowo – mówi Mateusz Polnar z Sorensa.

Spółka tylko w tym roku planuje uruchomienie ok. 20 – 30 sklepów w Polsce, a także będzie prowadzić 40 ciucholandów w Czechach, na Litwie i na Węgrzech. Umożliwiła jej to umowa, którą firma podpisała właśnie z niemieckim koncernem – Soex ma w Europie własną sieć dystrybucji towaru i fabrykę recyclingu. Roczne obroty koncernu przekraczają miliard euro.



Kluczem do sukcesu sklepów second-hand jest szybka rotacja towaru i dobra promocja. Spółka Uniliba Group, która rozwija sieć pod nazwą Fashion, raz w tygodniu wymienia 100 proc. ciuchów, a dzień przed dostawą wyprzedaje wszystko, co zostanie, po 3 zł. Poza tym, żeby przyciągnąć klientów, firma wprowadza promocje i karty rabatowe: np. za każde wydane w ciucholandzie 30 zł klient dostaje 1 punkt, a gdy uzbiera 5 punktów, to należy mu się 25 proc. rabatu. Są tu więc sukienki z Benettona za 20 – 30 zł czy dzinsy Lee za 15 zł.

System przynosi efekty: w dni wyprzedaży, a także tuż po dostawie przed sklepem Fashion ustawiają się kolejki, a sieć ma opinię jednej z najlepszych na Dolnym Śląsku.

Obroty secund-handów nakręcają dziś nie tylko najbiedniejsi. Moda na wyszukane stare rzeczy wzięła się ze stylu vintage, który rozpropagowali znani styliści z Vouga czy Elle. To oni do sesji zdjęciowych zaczęli ubierać modelki w ciuchy od znanych projektantów z lat 80. czy 90. Trend ten wykorzystują właściciele małych ciucholandów, którzy nastawiają się na sprzedaż unikatowych markowych rzeczy. Taką ofertę mają m.in. warszawskie sklepy Vingate czy Perpetuum Mobile oraz gdyński A&E.

Właścicielki tego ostatniego sklepu same wyszukują towar, odkupują ubrania od znajomych, chodzą po zwykłych lumpeksach oraz pchlich targach w kraju i za granicą. – Zyski są na pewno mniejsze niż w second-handach zwykłych, ale jak zapewnia Anna Czarnecka, jedna z założycielek sklepu, klientek szukających oryginalności ciągle przybywa.