Deklaracja bycia potencjalnym zbawcą gazowym Europy brzmi paradoksalnie z ust polityka rządzącego krajem, który praktycznie w ogóle nie wydobywa gazu. Jednak zbieg sprzyjających okoliczności może sprawić, że Hiszpania stanie się czarnym koniem w rozgrywce o niezależność energetyczną Europy od Rosji.

Przede wszystkim, wkrótce Hiszpanie mogą być w stanie samodzielnie pokryć jedną piątą swojego zapotrzebowania na ropę. Wszystko dzięki leżącym wokół Wysp Kanaryjskich i Ibizy pól naftowych, których potencjał szacuje się na 2 mld baryłek. A tam, gdzie znajduje się ropa naftowa, często jest też i gaz ziemny. Nie inaczej jest w przypadku Hiszpanii: złoża konwencjonalnego gazu o objętości 410 mld metrów sześciennych.

Oczywiście mieszkańcy żyjących z turystyki regionów z niechęcią spoglądają na zamiar rozwoju przemysłu petrochemicznego w ich rajskich enklawach. Ruchowi Eivissa diu no („Ibiza mówi nie”) udało się w lutym zmobilizować 20 tys. osób (na 132 tys. mieszkańców) do udziału w manifestacji przeciwko zwiększeniu wydobycia. Rząd w Madrycie jest jednak zdeterminowany postawić na swoim. W ubiegłym roku przepchnął pakiet odpowiednich rozwiązań prawnych, który kompetencje w zakresie podejmowania decyzji o wydobyciu przekazuje z regionów do stolicy. Dzięki temu hiszpański naftowy gigant Repsol może startować z projektem wydobywczym niedaleko wysp Fuerteventura i Lanzarote wartym 7 mld dol.

410 mld metrów sześciennych gazu to może być spory zapas dla Hiszpanii, której roczne zużycie w 2013 r. plasowało się na poziomie 30,9 mld. Jednak biorąc pod uwagę potrzeby całego kontynentu to niewiele. Wg Eurogasu w ubiegłym roku kraje należące do Unii Europejskiej zużyły łącznie 462 mld metrów sześciennych błękitnego paliwa, z czego 27 proc., czyli 124 mld metrów, pochodziło z Rosji. Hiszpańskie złoża konwencjonalnego gazu to więc stanowczo za mało, aby zastąpić w kontynentalnym bilansie energetycznym nawet deklarowaną przez Rajoya w Polsce połowę, czyli 62 mld metrów sześciennych rosyjskiego gazu.

Hiszpania jednak, podobnie jak Polska, śpi na gazie łupkowym, którego łączne zasoby szacowane są na 2 bln metrów sześciennych. Surowiec skoncentrowany jest głównie w kraju Basków, nie trzeba więc byłoby go transportować przez cały Półwysep Iberyjski. Ponadto regulacje prawne, o których mowa była powyżej, zabezpieczają Madryt przed regionalnymi zakazami nawet próbnych odwiertów w poszukiwaniu łupkowego bogactwa – takimi jak te, które wprowadzono w leżącej na północy kraju Kantabrii. Jeśli więc stolica będzie zdeterminowana kontynuować łupkowy projekt – a takie jest nastawienie polityków w Madrycie – nikt w prowincjach nie będzie mógł ich zatrzymać. Gdyby udało się uruchomić masowe wydobycie z niekonwencjonalnych złóż gazu, mogłyby ono zabezpieczyć znaczącą ilość europejskiego zużycia.

Tutaj jednak pojawia się kwestia, o której wspomniał premier Rajoy – mianowicie interkonektorów, czyli połączeń gazowych między państwami. Nawet jeśli Hiszpanom udałoby się w błyskawicznym tempie uruchomić wydobycie olbrzymich ilości gazu, surowca nie byłoby jak przetransportować do reszty Europy.

Na dziś kraj jest połączony z Francją gazociągiem Larrau, przez który można rocznie przetransportować 5,2 mld metrów sześciennych gazu. W przyszłym roku zostanie zakończona budowa mniejszego połączenia, zwanego Biriatou, który zapewni przepustowość rzędu dodatkowych 2 mld metrów. Ale kluczowe dla całego przedsięwzięcia jest powstanie gazociągu MidCat (nazwa pochodzi od południa Francji, nazywanego potocznie Midi oraz Katalonii), który podwoiłby możliwości przesyłowe z Hiszpanii w głąb kontynentu do 14 mld metrów sześciennych gazu rocznie.

Projekt nie jest nowy, ale dotychczas był blokowany przez francuską branżę gazową, niechętną ponoszeniu kosztów przedsięwzięcia i patrzącą krzywym okiem na wpuszczenie na swój rynek jeszcze większej ilości taniego surowca zza Pirenejów. Jednak konflikt na Ukrainie przypomniał Europie kryzysy gazowe minionych lat i projekt zaczął się cieszyć większym poparciem nad Sekwaną. Dodatkowo trafił na listę strategicznych inwestycji energetycznych Unii Europejskiej, które mogą liczyć na wsparcie Brukseli. Z obecnym poparciem politycznym istnieje więc szansa, że powstanie do 2020 r. – Wraz z powstaniem tego gazociągu, Hiszpania mogłaby zapewnić Europie 10 proc. gazu, który dziś otrzymuje z Rosji – oceniał pod koniec marca Antoni Peris z hiszpańskiego stowarzyszenia gazowego Sedigas.

10 proc. rosyjskiego gazu to nie to samo co 50 proc., jednakże z europejskiego punktu widzenia możliwość dywersyfikacji nawet w takiej, ograniczonej skali byłaby nieoceniona. Tym bardziej, że ani jeden płomyk hiszpańskiego gazu nie pochodzi od największego producenta błękitnego paliwa na świecie. Hiszpanie sporą część swojego zapotrzebowania pokrywają dzięki leżącemu na dnie Morza Śródziemnego gazociągowi do Algierii, który być może kiedyś zostanie przez Saharę przedłużony aż do pól naftowych w Nigerii. Dodatkowo kraj, w przeciwieństwie do Polski, nie posiada jednego, lecz sześć gazoportów – i jest czwartym co do wielkości importerem LNG na świecie.

To właśnie w tych ostatnich instalacjach Hiszpanie upatrują swojej szansy na bycie gazowymi zbawicielami Europy. Do hiszpańskich portów jest bliżej niż do Rotterdamu czy Świnoujścia, co wpływa na koszty frachtu, a już dzisiaj obsługują one gazowce z Nigerii i Kataru. W wizji Hiszpanii jako kraju tranzytowego po prostu przypływałoby ich więcej. Dodatkowo kraj posiada doskonałą infrastrukturę gazową, powstałą w przeciągu ostatnich dwóch dekad budowlanego boomu. To znaczy, że surowiec byłoby jak przetransportować do trzech gazociągów przez Pireneje, a potem dalej do Europy. Co prawda w ostatecznych rozrachunku LNG byłby droższy niż rosyjski gaz, niemniej jednak wielu klientów na Starym Kontynencie byłoby na to gotowych.