Niemal wszystkie sklepy kuszą nas wielkimi, sięgającymi nawet 70 procent, wyprzedażami. Co roku czeka na nie, jak wynika z badań międzynarodowego instytutu Ipsos, aż 74 proc. Polaków. Bo po co płacić np. za sweter 80 zł, kiedy ten sam można teraz kupić ledwie za połowę ceny albo lodówkę czy telewizor za kilkaset złotych mniej.

Szał wyprzedaży ogarnia niemal wszystkie sklepy: tańsze są ubrania, sezonowy sprzęt sportowy - narty, kombinezony, sanki i łyżwy - miksery, lodówki, telewizory, a nawet samochody. Czyli wszystko to, co wyprodukowano w ubiegłym roku albo z myślą specjalnie o danej porze roku. Sklepy jeszcze podgrzewają atmosferę, alarmując, że wyprzedaż dotyczy końcówek serii albo resztek towarów. Dlatego klienci rzucają się do półek.

"Zerowy" kredyt kusi

Stop! Tu czyha pierwsza pułapka. Bo jeśli w pośpiechu kupisz coś, co nie do końca ci się podoba, sprzedawca wcale nie musi ci tego wymienić ani oddać pieniędzy. Zgodnie z prawem, to czy sklep przyjmie nam z powrotem kupiony towar, który przestał się klientowi podobać albo mu nie pasuje (ubranie jest za małe, a pralka nie mieści się w łazience), zależy wyłącznie od dobrej woli sprzedawcy. Tak naprawdę musi uznać nasze racje tylko wtedy, kiedy kupiony towar ma wadę: plamę, dziurę, rozpadł się albo nie działa. Albo, jeśli rzecz kupiliśmy w sklepie internetowym. Wtedy w ciągu 10 dni od dnia odebrania przesyłki możemy ją zwrócić, nie podając przyczyny, i dostaniemy pieniądze z powrotem.

Kolejna pułapka czai się przy kredytach na szybko oferowanych w sklepach. "0 procent prowizji", "0 opłat", "0 odsetek" - kuszą reklamy. Ale jak ostrzega Federacja Konsumentów, trzeba pamiętać, że niczego za darmo się nie dostaje. A banki nie są instytucjami charytatywnymi. Przy kredytach tzw. zerowych zarobek mają, wbrew pozorom, całkiem duży. Bo w regulaminie drobnym druczkiem zwykle jest napisane, że wystarczy o jeden dzień spóźnić się ze spłatą raty, a kredyt z darmowego zamienia się w wysokooprocentowany gotówkowy. Bank dolicza nam prowizję, zwykle ok. 1-2 procent, odsetki (nawet 15 i więcej procent). I tak, jeśli kupiliśmy okazyjnie np. lodówkę za tysiąc złotych, oddamy za nią ponad 1163 zł, czyli prawie po cenie sprzed obniżki.

W te sidła złapać się jest bardzo łatwo. Bo spłata do jakiegoś dnia oznacza, że pieniądze w tym terminie mają się znaleźć na bankowym koncie. Czyli musimy wysłać je dużo wcześniej i modlić się, by bank zdążył je zaksięgować na wskazanym w umowie koncie.

Zdradliwe oprocentowanie

Naciąć można się też na kredyty tzw. szybkie. "Formalności załatwimy w kwadrans, a decyzja kredytowa w godzinę" - słyszymy zachęty. Będzie, owszem, ale coś się za tym zwykle kryje. Na przykład dużo wyższe oprocentowanie niż przy zwykłej pożyczce. Do tego jeszcze doliczą nam wysoką prowizję. My cieszymy się, że od ręki kupiliśmy np. narty na raty, a bank - że zapłacimy mu za to sowicie.

Zgodnie z prawem, oprocentowanie nie może przekraczać 4-krotności kredytu lombardowego, określanego przez Narodowy Bank Polski. Dziś to 5,5 proc. czyli kredyt droższy niż 22 proc. być nie może. Ale to i tak dużo. Bo jeśli dokładnie nie policzymy, może się okazać, że z pożyczonych 2 tys. zł, oddamy aż 2490 zł. Chcąc uciec od wysokich odsetek możemy wpaść na pomysł, by spłacić kredyt wcześniej, ale wtedy zapłacimy procent od spłacanej przed czasem kwoty. Więc bank i tak wyjdzie na swoje, a my i tak na tym stracimy.

Zanim więc wyruszysz na "tanie łowy", dobrze się zastanów, co jest ci potrzebne. A nim podpiszesz umowę kredytową w sklepie, idź do innego niż współpracujący z nim bank i zobacz, czy nie będzie taniej. Nie daj się ponieść szaleństwu wyprzedaży, bo na nich handlowcy i bankowcy zarabiają krocie. A ty wpadasz w zastawione przez nich pułapki.