Biura podróży naciągają ministerstwa, czy związki sportowe na tysiące złotych. Wygrywają bowiem kontrakty na sprzedaż biletów, oferując świetne warunki, jednak później oszukują klientów. "Byliśmy bardzo zaskoczeni. Bilety elektroniczne były zmodyfikowane w jakimś programie komputerowym" - wyjaśnia "Gazecie Wyborczej" prezes LOT Sebastian Mikosz. "Ceny niektórych były zawyżone nawet o kilkaset złotych w stosunku do ceny, za którą my sprzedaliśmy ten sam bilet" - dodaje.

Biura zmieniają bowiem komputerowo bilet elektroniczny i dopisują dodatkową opłatę, która na oryginalnym bilecie nie występuje. A klient płaci kilkaset złotych więcej. To nie koniec sztuczek - gdy firma turystyczna dostanie już zamówienie na bilety, po cichu zmienia rezerwację na dużo tańsze. Klient nic o tym nie wie, a biuro kasuje różnicę do kieszeni.

Oszustwo wyszło przypadkiem. Urzędnikom resortu zdrowia coś nie spodobało się na biletach i przesłali je do sprawdzenia do LOT-u. Okazało się, że biuro Quo Vadis wystawiło fakturę na 54 tysiące, a normalnie bilety kosztują 41 tysięcy. Firma tłumaczy jednak, że ma prawo doliczać opłaty transakcyjne i nic dziwnego, że cena jest wyższa.

Prezes LOT odrzuca te wyjaśnienia. "Opłata nie może być zawarta w cenie biletu, który my sprzedajemy" - mówi Mikosz. "A już na pewno nie można fałszować biletu tak, by wyglądał, jakby wygenerował go LOT, podczas gdy naprawdę został zmodyfikowany przez pośrednika" - dodaje prezes. Zapowiada też, że zerwie umowę z agentami - oszustami i doniesie na nich do prokuratury.