Potęga Rosji w starciu z Unią Europejską okazała się nie być tak wielka, jak wydawało się jej władzom. Władimir Putin przekonał się o tym już pod koniec października, kiedy obrażony wyszedł ze spotkania szefów rządów unijnych państw, z którymi miał rozmawiać o tzw. karcie energetycznej, czyli współpracy Europy z jego krajem w dostarczaniu ropy i gazu.

Następne spotkanie wyznaczono na 24 listopada, ale by mogło do niego dojść, musiałyby się na to zgodzić wszystkie państwa członkowskie. A Polska postawiła weto, protestując w ten sposób przeciw rozmowom z krajem, który, demonstrując swą siłę, nie chce znieść zakazu importu mięsa i roślin z Polski.

Nasz protest poparła Francja, potem Litwa. W piątek dołączył się do nich też minister spraw zagranicznych Szwecji. Putin musiał spuścić z tonu, bo Europa jest głównym odbiorcą gazu i ropy z jego kraju.

Zmienił zdanie na tyle, że nagle przedstawiciel Moskwy w Brukseli zapowiedział, iż Rosja gotowa jest w każdej chwili znieść zakaz. Poproszono jedynie, by do Polski mogli przyjechać eksperci weterynarii, którzy zobaczą, czy mięso i wędliny produkowane są w dobrych warunkach. Tym razem bzdurnych zarzutów, np. fałszowania świadectw eksportowych, nie będą mogli nam postawić, jak rok temu, gdy wprowadzili zakaz. Bo na wszystko pilnie patrzy Unia.