HUBERT SALIK: Kiedy Polska powinna zastąpić złotego euro?
ZYTA GILOWSKA*: Kiedy będziemy na to gotowi, a obywatele się zgodzą w referendum. Stan gotowości technicznej powinniśmy osiągnąć w 2009 r. Wtedy będziemy mogli wytłumaczyć ludziom, o co w tym referendum chodzi. Zgodnie z zapowiedzią prezydenta RP referendum powinno odbyć się w 2010 r. Nawiasem mówiąc, Polska od dwóch lat spełnia trzy podstawowe kryteria makroekonomiczne niezbędne do przystąpienia do strefy euro: mamy niższą od referencyjnej relację deficytu sektora rządowego i samorządowego względem PKB, niższy od referencyjnego stosunek długu publicznego do PKB i niską inflację. Co prawda na razie inaczej rachujemy środki funduszy emerytalnych, ale wolno nam tak czynić do końca I kwartału 2007 r. Siedem lat temu przeprowadziliśmy pionierską w skali Europy reformę emerytalną. I teraz musimy ponosić jej koszty. Gdyby taką reformę przeprowadzili Francuzi, ich deficyt sektora rządowego i samorządowego wzrósłby o 3,3 pkt proc., a więc byłby ponaddwukrotnie wyższy od obecnego.

Tak, ale Francja jest już w strefie euro, a Polska do niej dopiero aspiruje.
To prawda, ale mamy prawo oczekiwać, że państwa, które są już w strefie euro, także będą podejmowały wszelkie wysiłki w celu wzmacniania oraz stabilizowania kondycji swoich finansów. Od tego zależy faktyczna siła wspólnej waluty. A my chcemy aspirować do klubu, który jest silny.

Czy to oznacza, że ma pani zamiar wykorzystać ten argument, negocjując wejście do strefy euro, gdyby okazało się, że nasz deficyt jest zbyt wysoki?
Nie, w żadnym razie.

W takim razie chyba ważniejsze jest, żeby Polska utrzymała deficyt poniżej 3 proc. PKB niż oglądanie się na problemy pozostałych państw.
Zapewniam, że nasz deficyt sektora rządowego i samorządowego będzie spełniał unijne kryterium pomimo wyłączenia z rachunków tego sektora środków OFE. Naszym zdaniem jedynie w 2007 r. przejściowo nie zmieścimy się w tych wymaganiach. W ubiegłym roku nasz deficyt był niższy od 3 proc., a w tym roku wyniesie ok. 2 proc. PKB. W przypadku Polski nie występuje więc faktyczny nadmierny deficyt, a jedynie obawy, że taki deficyt się pojawi.

Nie obawia się pani, że wprowadzenie euro może spowodować wzrost cen?
Nie, chociaż rozumiem te obawy. Statystyki dotyczące zmian cen w państwach, które wchodziły do strefy euro, nie potwierdzają istnienia takiego zagrożenia. Ale faktem jest, że niekiedy potoczne obserwacje rozmijały się ze statystykami. Tak było np. we Włoszech, gdzie rozmaite zaokrąglenia przy przechodzeniu z waluty narodowej na euro sprzyjały podwyżkom cen, na ogół przejściowym.

Jednak premier Kaczyński w niedawnym wywiadzie dla niemieckiego „Handelsblatt” wspomniał, że obawia się nie tylko wzrostu cen, ale i stabilności polskiej waluty.
Od lat uważam, że wejście do strefy euro jest konieczne jako dopełnienie członkostwa w UE. Natomiast proces wchodzenia do strefy euro wiąże się z pewnym ryzykiem. I tu się zgadzam z premierem.

Wielu polskich ekonomistów twierdzi, że Polska nie rozwija się tak szybko, jakby mogła. Winą obarczają za to rząd, który zaniechał części zapowiadanych reform. Myśli pani, że moglibyśmy rozwijać się w równie szybkim tempie jak kraje nadbałtyckie?
Nie mam co do tego wątpliwości. Nie rozwijamy się tak szybko, jak byśmy mogli. Ale zupełnie gdzie indziej upatruję takiego stanu rzeczy. Źródłem naszych problemów jest najwyższy w Europie odsetek ludności zawodowo biernej. W gruncie rzeczy mamy Polskę dwóch prędkości. Polskę osób ciężko pracujących, nieraz na granicy ryzyka zdrowotnego i finansowego, oraz Polskę osób zawodowo biernych, które z różnych powodów nie włączyły się do wyścigu o lepszą przyszłość. Granice między tymi dwiema Polskami przebiegają przez każdą polską wieś i każde miasto. Różne są tylko proporcje.

Myśli pani, że można tą bierną Polskę wyrwać z marazmu?
Wierzę, że jednym ze sposobów, aby tego dokonać, jest odblokowanie rynków pracy poprzez midzy innymi zmniejszanie tzw. klina podatkowego (czyli zmniejszania kosztów pracy – red). W kilku etapach – na początek o ponad jedną siódmą. Taki plan rząd przyjął w czerwcu tego roku. Żadne inne dobro w Polsce nie jest tak wysoko opodatkowane jak praca ludzka. W stosunku do zarobków netto są to obciążenia najwyższe w Europie. W rezultacie wynagrodzenia są niskie, ale sama praca raczej droga. Taki stan rzeczy zniechęca do poszukiwania legalnego zatrudnienia, ponieważ pensja netto, czyli popularnie mówiąc, „na rękę”, często niewiele się różni od wynagrodzenia, które można otrzymać pracując „na czarno” lub w ogóle nie pracując i żyjąc ze świadczeń społecznych. Niestety obniżka klina od 2007 r. się nie powiodła.

Dlaczego się to nie udało?
Paradoksalnie tej idei zaszkodziła obojętność zainteresowanych. W mediach dominowała krytyka zbyt niskiej skali obniżki klina podatkowego. Również stowarzyszenia pracodawców, na które liczyłam, twierdziły, że jest to obniżka zbyt mała i bez znaczenia. W pewnym momencie wydawało mi się, że nikt w Polsce nie jest zainteresowany zmniejszaniem klina podatkowego. Po słowiańsku uczestnicy tej gry doszli do wniosku, że albo „idziemy na całość”, zmniejszając klin np. o połowę, albo nas to nie interesuje. To antyekonomiczne podejście.

Ale przecież to nie opinia publiczna przepycha ustawę przez Sejm, ale politycy.
Ale to właśnie obojętność potencjalnych zainteresowanych zaszkodziła temu pomysłowi najbardziej.

Z opublikowanego tydzień temu raportu Banku Światowego „Doing Business” wynika, że nie ma w Europie drugiego takiego kraju, w którym istniałoby tyle barier w prowadzeniu biznesu, co w Polsce.
To bardzo ciekawe, bo do Polski napływają wielomiliardowe inwestycje. Ponadto zdaniem wielu instytucji analitycznych w przyszłym roku czeka nas boom inwestycyjny.

Rozumiem, że zakłada pani, że ten raport przekłamuje rzeczywistość.
Nie. Przyjmuję do wiadomości, że biznes kręci się tam, gdzie kapitał czuje zysk, a nie tylko tam, gdzie eksperci wskazują najlepsze warunki. A w Polsce kapitał czuje się bardzo dobrze. Mamy dobrą sytuację gospodarczą, całkiem skutecznie trzymamy w ryzach finanse publiczne i świetnie rokujemy na przyszłość.

Ale raport niezbicie wskazuje, że polskie przedsiębiorstwa mają trudności w prowadzeniu biznesu. Czy oprócz zmniejszenia klina podatkowego ma pani inne pomysły na polepszenie warunków ich działania?
Tak, najistotniejsze jest przygotowanie instytucji państwowych do skoordynowanego i sprawnego procesu budowy infrastruktury rozwoju, a zwłaszcza dróg, obwodnic i autostrad. Jestem w stanie wyobrazić sobie biznes, który długo czeka na rozsądzenie sporu, ale nie jestem w stanie wyobrazić sobie sprawnego prowadzenia biznesu w państwie, w którym nie ma porządnej sieci dróg. Środki finansowe będą, należy więc przygotować państwo do ich sensownego i skrzętnego wykorzystania. O sprawności państwa decydują instytucje, a nie dobre chęci.

A co trzeba poprawić, aby przebiegało to inaczej niż obecnie, czyli po prostu sprawnie?
Zmiany wymagają wszystkie fazy przygotowania, realizacji, monitoringu i kontroli inwestycji publicznych. Przygotowujemy się do gigantycznego skoku. Z 67 mld euro, które trafią do Polski w najbliższych latach z funduszy europejskich, ponad 18 mld kierujemy na program operacyjny Transport. Trzeba precyzyjnie przygotować wszystko – od specjalistycznych instytucji, przez ministerstwa, po staranny podział pracy między instytucjami w procesie inwestycyjnym.

Z punktu widzenia obywateli obecne rządy są stosunkowo drogie. To, co państwo daje w postaci niższych podatków bezpośrednich, z nawiązką odbije sobie przyszłoroczną podwyżką podatków pośrednich – m.in. poprzez wzrost akcyzy na paliwa czy papierosy.
Założyliśmy, że podniesiemy akcyzę na papierosy, ale jeszcze jej nie podnieśliśmy. Zresztą jest to konieczne, bo związane z naszym członkostwem w Unii Europejskiej. Jeśli chodzi o podwyżkę akcyzy na paliwa, to można mówić wyłącznie o powrocie do stanu z jesieni 2005 r. Jako członek UE musimy spełniać nie tylko kryteria makroekonomiczne, ale i czysto fiskalne, w tym akcyzowe. W Unii dostaje się nie tylko marchewkę, ale i kijek. W przypadku benzyny detaliści od kilku tygodni czekają na podwyżkę, a że jej nie ma, to sobie spokojnie realizują nadzwyczajne zyski. Z naszych analiz wynika, że gdybyśmy teraz przywrócili te 25 groszy na litrze, ceny paliw skoczyłyby na stacjach o najwyżej 5 groszy. Skutek byłby żaden, także w przeniesieniu na ceny towarów i usług energochłonnych.

Mam wrażenie, że pani zdaniem podwyżki akcyz nie są odbierane jako wzrost cen.
To zależy jakie podwyżki i kiedy wprowadzane. Kluczowe są notowania paliw na rynkach światowych. Nasza stawka akcyzy na benzyny jest obniżona, a nie podwyższona. Obniżona od ponad roku! Termin powrotu do stawki akcyzy sprzed obniżki zależy od cen na rynkach paliw. Dzisiaj nie zadrżałaby mi ręka, gdybym miała podpisać stosowne rozporządzenie. Ale tego uczynić nie mogę, ponieważ do końca roku wszyscy grzmieliby przeciwko rządowi, nawet gdyby ceny detaliczne zmieniły się niewiele lub wcale. W ten sposób tworzyłoby się tzw. oczekiwanie inflacyjne, niedobre w każdej sytuacji.

Mówi się, że najważniejsze reformy przeprowadza się w pierwszym roku rządzenia. Później się to po prostu nie udaje. Kilka takich reform zostało przełożonych w czasie. Jaka jest gwarancja, że w przyszłym roku uda się tego dokonać?
Zależy mi na doprowadzeniu do realizacji tych reform, a przecież jestem wicepremierem.



Zyta Gilowska, wicepremier i minister finansów w rządzie premiera Jarosława Kaczyńskiego. Od 1999 r. profesor nauk ekonomicznych UMCS w Lublinie. Zawodowo od pięciu lat związana z Katolickim Uniwersytetem Lubelskim