Po serii danych publikowanych pod koniec ubiegłego tygodnia, które jasno pokazują, że polska gospodarka zwalnia, Główny Urząd Statystyczny podał wczoraj informacje o sprzedaży detalicznej. Realnie wzrosła ona o 4,6 proc. w porównaniu z zeszłym rokiem. W cenach bieżących wzrost wynosił 5,4 proc. – czyli mniej więcej tyle, co we wrześniu.

Dynamika sprzedaży ustabilizowała się na umiarkowanych poziomach – kwituje najnowsze dane Piotr Piękoś, ekonomista Banku Pekao.

Czy to oznacza, że można przejść nad nimi do porządku dziennego? Niekoniecznie, zważywszy, że gospodarstwa domowe dostały właśnie miliardy złotych dzięki rozszerzeniu programu "Rodzina 500 plus” na pierwsze dziecko. Wypłaty ruszyły pełną parą we wrześniu, w październiku można było odważniej ruszyć na zakupy. Jak mówi Piękoś, tzw. stymulacja fiskalna, którą przed wyborami zafundował nam rząd, powinna być już widoczna w danych. A nie jest.

Podobne spostrzeżenia ma Urszula Kryńska z PKO BP.

– Od trzech miesięcy, przy jednym dniu handlowym mniej niż przed rokiem, dynamika realnej sprzedaży detalicznej oscyluje w okolicy 4,5 proc. rok do roku. Dane nie pokazują pozytywnego wpływu wypłaty trzynastej emerytury oraz rozszerzenia świadczenia 500 plus na dynamikę sprzedaży detalicznej – napisała w komentarzu do wczorajszych danych.

Oboje stawiają podobne hipotezy, co się mogło stać z pieniędzmi ze świadczeń socjalnych. Pierwsza: może w większym stopniu rosną wydatki w najmniejszych sklepach, których statystyka GUS nie obejmuje. Urząd bada wyniki sprzedaży tylko w tych jednostkach, które zatrudniają co najmniej 10 osób. Hipoteza druga: może nowy zastrzyk gotówki jest przeznaczany w większym stopniu na kupowanie usług niż towarów. Beneficjenci wolą za te pieniądze np. wyremontować mieszkanie albo opłacić dzieciom zajęcia dodatkowe.

Gdyby obie teorie były prawdziwe, oznaczałoby to, że impuls z piątki Kaczyńskiego pozytywnie wpływa na konsumpcję prywatną, a więc i na wzrost gospodarczy, tylko nie widać tego w wycinkowych danych, np. tych o sprzedaży detalicznej. Ekonomiści na razie obstawiają stabilną dynamikę spożycia prywatnego, zakładając, że to ona ciągnie wzrost PKB pod koniec roku. Pekao prognozuje, że konsumpcja w IV kwartale może wzrosnąć o 4,2 proc., Credit Agricole uważa, że o 4,6 proc. Dla porównania, w II kwartale było to 4,4 proc. A jak było w trzecim, dowiemy się w piątek z informacji GUS.

Dla wyników konsumpcji byłoby gorzej, gdyby prawdziwa była trzecia teoria, zgodnie z którą beneficjenci piątki Kaczyńskiego nie wydają pieniędzy, które otrzymali, tylko je oszczędzają. W takim układzie wzrost konsumpcji nie ciągnąłby gospodarki tak mocno, jak można by tego było oczekiwać, sądząc po skali rządowych programów.

– Potwierdzeniem takiej tezy jest obserwowany w ostatnim czasie wzrost popularności obligacji detalicznych przy stabilnym wzroście depozytów i stabilizacji napływu do TFI. Szacujemy, że „nadprogramowy” wzrost zainteresowania obligacjami w III kwartale to ok. 2 mld zł, czyli 40 proc. wartości nowego 500 plus – ocenia Urszula Kryńska.

Przez dziesięć miesięcy tego roku Ministerstwo Finansów sprzedało klientom detalicznym obligacje za prawie 14 mld zł. Już teraz resort osiągnął wynik lepszy o ponad miliard złotych niż w całym 2018 r. Szczególnie chętnie kupowane są obligacje czteroletnie, których oprocentowanie zależy od inflacji. Jeśli ktoś oszczędza z myślą o przyszłości swoich dzieci, to taka formuła gwarantowanych przez państwo odsetek wyliczanych jako inflacja plus marża jest dobrym wyjściem przy rekordowo niskim oprocentowaniu lokat bankowych.

Teza o oszczędzaniu, a nie wydawaniu dodatkowych środków jest prawdopodobna z jeszcze jednego względu: głównymi beneficjentami nowych wydatków rządowych są osoby średnio i bardzo zamożne. A więc takie, u których skłonność do oszczędzania jest większa. Centrum Analiz Ekonomicznych CenEA wylicza, że z 33,5 mld zł, które gospodarstwa domowe otrzymają dzięki zmianom w podatkach i świadczeniach wprowadzonych od czerwca tego roku, niemal jedna trzecia trafi do najbogatszych 20 proc. Z kolei najuboższe 20 proc., czyli ta grupa, która ma większą skłonność do wydawania na bieżące potrzeby, otrzyma jedynie 9 proc. z tego benefitu. W ramach rozwiązań wprowadzanych przez rząd w trakcie kadencji do czerwca najubożsi dostali 32 proc., a najbogatsi jedynie 6 proc. Efekt: duży wzrost konsumpcji, która była głównym motorem wzrostu gospodarczego w kilku ostatnich latach.

Stymulacja fiskalna powinna być już widoczna w danych. A nie jest.