Gospodarka światowa płynie w stronę największego spowolnienia od czasów kryzysu finansowego z lat 2008‒2009. Pokazuje to coraz więcej wskaźników gospodarczych dotyczących aktywności, nastrojów i kondycji przedsiębiorstw w strefie euro, w Chinach czy Stanach Zjednoczonych. Z kolei globalizacja powoduje, że coraz trudniej przed takim ogólnoświatowym spowolnieniem uciec. Czy to oznacza, że za chwilę także w Polsce będziemy mogli zapomnieć o szybkim wzroście gospodarczym, niskim bezrobociu i wpadniemy w kolejny kryzys?

Z jednej strony mamy jako kraj arsenał środków do obrony przed takim kryzysem. Z drugiej – to nie oznacza, że w ogóle niczego nie poczujemy. Trudno np. powstrzymywać rosnącą inflację, jeśli jedną z najważniejszych jej przyczyn jest epidemia choroby ASF atakującej trzodę chlewną w Chinach. Związane z tym masowe wybijanie stad świń u tego największego producenta mięsa powoduje, że drożeje ono na całym świecie; w ciągu roku pogłowie świń skurczyło się o 15 proc., do 347 mln sztuk. Z naszymi 11 mln nie jesteśmy w stanie nic z tym zrobić.

Nie jesteśmy też w stanie wpłynąć na poziom napięcia w cieśninie Ormuz, przez którą przepływa prawie jedna piąta zużywanej przez świat ropy. Tankowce przewożą tędy ok. 17 mln baryłek dziennie wobec prawie 100 mln potrzebnych dzień w dzień. Jeśli napięcie polityczne pomiędzy USA a Iranem będzie dalej rosło, wtedy nie da się wykluczyć poważnych zaburzeń w dostawach czarnego złota, a więc nieuchronnego wzrostu jego ceny. Za każdym razem, kiedy w Zatoce Perskiej wybuchał konflikt, ropa drożała mniej więcej trzykrotnie.

Na to również nie jesteśmy w stanie nic poradzić, nawet jeśli czarne złoto do Polski w większości trafia z Rosji (w 2018 r. 77,3 proc. z 26,8 mln ton zakupionych za granicą). Kontrakt na ropę, nawet długoterminowy uwzględnia bowiem wahania cen tego surowca na rynkach światowych.

Światową gospodarkę najbardziej paraliżuje obawa przed trwającą już wojną handlową między Stanami Zjednoczonymi a Chinami oraz rosnące zagrożenie wojną walutową. Cła na towary z Chin sprowadzane do Stanów Zjednoczonych uderzają bezpośrednio w producentów w Azji i w konsumentów w USA, a pośrednio – w całą masę globalnych firm (często amerykańskich). Polskie przedsiębiorstwa są pod dostawcami globalnych koncernów, więc potencjalnie zagrożone są te, które pracują na rzecz graczy mocno obecnych w Państwie Środka.

Ale wojna celna ma także inną konsekwencję: przyczynia się do słabnięcia koniunktury w Chinach, w związku z czym mieszkańcy tego kraju ograniczają swoje zakupy towarów zagranicznych. To kiepska wiadomość dla niemieckich koncernów motoryzacyjnych, dla których Państwo Środka stało się bardzo ważnym rynkiem (Volkswagen sprzedaje około 40 proc. swojej produkcji, BMW i Daimler – około jednej czwartej). Z kolei Niemcy odpowiadają za prawie jedną trzecią polskiego eksportu motoryzacyjnego.

Co więcej, nasz zachodni sąsiad już dziś jest na progu recesji. Tymczasem tylko w ubiegłym roku sprzedaliśmy tam towary o wartości 62,2 mld euro (268,6 mld zł), co odpowiada za ponad jedną czwartą naszego eksportu. Nasz biznes powoli zaczyna czuć spowolnienie nad Renem – dane za czerwiec pokazały pierwszy od dwóch lat spadek produkcji w Polsce (w czerwcu wskaźnik ten był o 2,7 proc. niższy niż w roku ubiegłym oraz o 5,9 proc. niższy niż w maju br.).

Słabszy popyt z Chin oznacza też spadek cen surowców, co czują takie firmy, jak np. KGHM, który zarabia mniej, gdy tanieje miedź. Czasem nawet znacznie mniej, bo jeszcze tydzień temu cena tony tego metalu na londyńskiej giełdzie wynosiła ponad 6 tys. dol. (poziom, na którym utrzymywała się mniej więcej przez dwa lata z niewielkimi przerwami). Teraz jest to 5,6 tys. dol., czyli za każdą tonę kombinat zarabia o 1,5 tys. zł mniej (nie bierzemy pod uwagę różnic w kursie, które mogłyby to zrównoważyć).

Z perspektywy polskiego biznesu nie sposób również zapomnieć o ryzyku, jakie wprowadza wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Zjednoczone Królestwo to trzeci nasz partner, jeśli chodzi o eksport; więcej sprzedajemy tylko w Niemczech i Czechach. W ubiegłym roku Brytyjczycy nabyli od nas towary o wartości 13,7 mld euro (59,1 mld zł), co stanowiło 6,2 proc. naszego eksportu.

W ten sposób zza kanału La Manche pochodziła co 16. złotówka, jaką zarobiły na handlu zagranicznym firmy z Polski. Szczególnie narażeni są producenci żywności (dużo wysyłamy tam kiełbas, drobiu, wieprzowiny, ryb, czekolady, wafelków i soków), ale też kosmetyków, lekarstw, chemii gospodarstwa domowego, okien, opon, a nawet sprzętu gospodarstwa domowego.

Aby uniknąć spowolnienia, polski rząd postanowił zwiększyć skalę mocno krytykowanych przez opozycję programów społecznych. Dzięki nim obronimy się przed europejską recesją za pomocą naszej, wspomaganej przez państwo, konsumpcji. Ale warto też pamiętać, że decyzje o zwiększeniu tych programów podjęto nie jako panaceum na globalne spowolnienie, ale po to, aby wygrać wybory.

opinia

Nic nie może wiecznie trwać

Tak – to jest tak proste, jak się wydaje – za wszystko przyjdzie nam zapłacić w godzinie próby. Jeżeli dobre czasy wykorzystaliśmy właściwie i przygotowaliśmy gospodarkę na kłopoty, przejdziemy przez nie lepiej. To proste jak w wyświechtanym cytacie o tym, że kiedy przychodzi odpływ, okazuje się, kto pływał nago.

Lepiej w czasie kryzysu poradzi sobie ten, kto zmniejszał szybko zadłużenie w czasie wzrostów. Gorzej ten, który zwiększał umocowane w prawie, niezmienne wydatki sztywne, np. nominalnie liczone świadczenia. Lepiej w kryzysie poradzi sobie ten, który w dobrym czasie zwiększał efektywność gospodarki – inwestował np. w infrastrukturę, a nie w suwerena. Lepiej poradzi sobie ten, kto ma sprawny i pozbawiony problemów sektor finansowy, od tego, kto zwiększał ryzyka systemowe.

Takie przykłady można mnożyć i rozszerzać na obszar polityki i bezpieczeństwa. Lepiej poradzi sobie ten, kto ma wielu sojuszników, od tego, kto ma jednego. Lepiej na wojnie poradzi sobie ten, który ma nowszy sprzęt w większej ilości, od tego, który miał ładniejsze parady.

To, że blisko nas są zagrożenia i polityczne, i gospodarcze, nie jest zaskoczeniem. Sąsiadów od 1000 lat nie zmieniliśmy i nie zmienimy. Wszyscy, łącznie z rządzącymi – zdają sobie sprawę, że wyjątkowa koniunktura gospodarcza nie będzie trwała wiecznie. O tym, że się kończy, świadczą nie tylko giełdowe indeksy, ale też twarde decyzje banków centralnych.

Nie musi to automatycznie oznaczać dla nas katastrofy. Obniżone stopy procentowe mogą pchać więcej pieniędzy na rynki wschodzące. Szukanie konkurencyjności i efektywności przez wielki biznes może przynieść korzyści krajom takim jak Polska – w których robienie biznesu, lokowanie części usług wspólnych i produkcji poprawia efektywność firmy.

To, jak bardzo wykorzystamy szansę i jak bardzo unikniemy kłopotów, będzie wynikało z tego, jak dobrze byliśmy przygotowani. Strategia na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju nie była, jak chcą niektórzy, jedynie świadectwem politycznych ambicji, ale też wyrazem wielu lat refleksji polskich ekonomistów szukających nowych mechanizmów rozwoju. Plan nie był zły. Pytanie tylko, czy został wykonany.