Duża część odbiorców prądu przyznaje, że nie wie, jak czytać faktury otrzymywane od sprzedawców energii. Każdy taki dokument zawiera kilka pozycji. Tyle że bez objaśnienia, na co właściwie idą pieniądze. Część z nich jest stała (płacimy tyle samo za każdy miesiąc), a część zmienna (uzależniona od realnego zużycia prądu).

Tak naprawdę tylko opłata za „czynną energię elektryczną” trafia do spółek obrotu. Cała reszta idzie do OSD, czyli operatora systemu dystrybucyjnego. Utrzymywanie sieci elektroenergetycznych wymaga od niego wydania ok. 7 mld zł rocznie.

Sieci wysokiego napięcia (czyli kable wyprowadzające prąd z elektrowni) to domena Polskich Sieci Elektroenergetycznych. Średnie i niskie napięcie to odpowiedzialność OSD – przede wszystkim państwowej „wielkiej czwórki” (PGE, Enea, Tauron, Energa) i prywatnego Innogy.

Ale opłaty za przesył mamy dwie. Stała to opłata za to, że sieci w ogóle istnieją, zmienna za to, co nimi faktycznie do nas popłynęło.

Ostatnio najbardziej znanymi opłatami są przejściowa i akcyza – na mocy ustawy prądowej obowiązującej od 1 stycznia ta pierwsza została obniżona o 95 proc. z ok. 8 zł miesięcznie, a druga z 20 do 5 zł za 1 MWh (gospodarstwo domowe zużywa rocznie średnio 2,2–2,5 MWh energii elektrycznej). Opłata przejściowa na rachunku jest osobną pozycją. Akcyza jest wliczona do opłaty za energię elektryczną czynną.

Jeszcze w tym roku na naszej fakturze pojawi się opłata kogeneracyjna (1,58 zł/MWh) – to wsparcie dla jednostek produkujących jednocześnie energię elektryczną i energię cieplną. A za dwa lata przybędzie opłata mocowa: związana ze wsparciem rynku mocy. To mechanizm pozwalający płacić wytwórcom energii elektrycznej nie tylko za jej realną produkcję, ale i gotowość do niej w szczycie, czyli za nowe moce (szacunki dla gospodarstw domowych mówią o 6–7 zł miesięcznie).