Absolutny próg bólu dla kursu franka wynosi 6–6,5 zł. To przybliżone wyliczenia uwzględniające wielkość dochodów frankowiczów i ich bieżące obciążenie ratą.

Skąd to wiemy? Dane na ten temat są szczątkowe. W raporcie o inflacji z marca 2015 r. Narodowy Bank Polski stwierdza, że aż 40 proc. kredytobiorców walutowych to osoby z grupy 10 proc. gospodarstw domowych o najwyższych dochodach. Dwie trzecie wszystkich kredytobiorców walutowych to ci, którzy mieszczą w grupie 20 proc. najbogatszych.

Kolejna istotna zmienna to miesięczne obciążenie tego dochodu ratą kredytu. Przy okazji badania zasobności gospodarstw domowych z końca ubiegłego roku NBP to sprawdzał. Wyszło mu, że tzw. wskaźnik DTI (debt to income), który to pokazuje, wynosi średnio 20–25 proc. przy franku po 4,11 zł. Badanie NBP to wynik przybliżony ze względu na wielkość próby. Ale na podobny rząd wielkości wskazują dane z banków, które mają pokaźne portfele hipotecznych kredytów walutowych. W raporcie za I kwartał tego roku Bank Millennium podał, że w przypadku jego portfela kredytów frankowych średnio 27 proc. miesięcznych dochodów kredytobiorców idzie na spłaty. Tak było przy kursie 4,07 zł za franka.

Czy to dużo, czy mało? Według rekomendacji Komisji Nadzoru Finansowego banki mogą indywidualnie określać bezpieczne – ich zdaniem – dopuszczalne poziomy obciążenia dochodów sztywnymi wydatkami. Ale KNF zaleca w rekomendacji S, by szczególną ostrożność zachowały, gdy wskaźnik DTI sięga 40 proc. dla klientów o dochodach nieprzekraczających przeciętnego poziomu wynagrodzeń w danym regionie zamieszkania oraz 50 proc. dla pozostałych. Możemy więc przyjąć, że gdyby kredyt wraz z innymi wydatkami pochłaniał około 40 proc. miesięcznych dochodów, byłby to już sygnał alarmowy. Zakładając więc, że frank umocniłby się nagle, a oprocentowanie kredytów i dochody przeciętnego frankowicza by się nie zmieniły, to frank musiałby podrożeć do 6–6,5 zł, by problemy z wypłacalnością mieli nawet bogatsi klienci, którzy wśród frankowiczów stanowią przeważającą grupę.

To przybliżone szacunki, a portfel kredytów frankowych nie jest jednorodny. Inaczej będzie wyglądał próg bólu dla kredytów branych w połowie 2008 r., inaczej dla pożyczek zaciąganych np. w 2006 lub 2009 r. Inaczej dla kredytów o niskich kwotach, a inaczej dla tych największych. Według symulacji sporządzonej przez KNF po uwolnieniu kursu franka w styczniu 2015 r. kurs 6 zł za franka dla kredytu o wartości 300 tys. zł (najbardziej popularnego) z czerwca 2008 r. oznaczałby wzrost raty do 2967 zł. To ok. 40 proc. przeciętnego dochodu w grupie 20 proc. najbogatszych gospodarstw domowych.

O tym, że frankowicze są na razie dość odporni na wahania kursu franka, świadczą dane o jakości obsługi ich kredytów. Waldemar Rogowski, analityk Biura Informacji Kredytowej, mówi, że szkodowość kredytów frankowych zaciągniętych w latach 2006–2008 (kiedy to frank był najsłabszy) to obecnie 2,15 proc. portfela. W styczniu 2014 r. wynosiła ona 1,85 proc. Po styczniu 2015 r., gdy szwajcarski bank centralny uwolnił kurs franka, przez co wyraźnie się on umocnił, szkodowość wzrosła do 2 proc. Dziś jest to 2,15 proc., czyli w sumie zwiększyła się ona o 0,3 pkt proc. To nie jest jakaś istotna zmiana - mówi Waldemar Rogowski.

Jego zdaniem negatywny wpływ zmian kursu niwelują ujemny LIBOR oraz właśnie duża poduszka dochodowa u frankowiczów. Dochody rosną nominalnie, realny wzrost jest nawet większy ze względu na deflację. Poza tym połowa frankowiczów mieszka w dużych aglomeracjach, gdzie dochody z definicji są wyższe. Jeśli rata wzrośnie o 100–200 zł miesięcznie, to dla nich nie będzie duże obciążenie. Istota problemu to wzrost wielkości zadłużenia w porównaniu z wartością nieruchomości - mówi Waldemar Rogowski.

Z jednej strony uniemożliwia to np. sprzedaż mieszkania, na które został wzięty kredyt. Z drugiej - to problem dla banków, które powinny mieć zabezpieczenia o wartości większej niż należności, których zabezpieczenia dotyczą. Skok kursu franka oznaczałby znaczący wzrost liczby kredytów, których LTV (proporcja wartości kredytu do wartości zabezpieczenia) przekroczyłaby 100 proc. W efekcie zapewne zmieniłaby się tzw. waga ryzyka dla tego typu aktywów. Teoretycznie może ona wynosić nawet 150 proc., co miałoby znaczenie dla wyliczenia wymaganego poziomu kapitałów.