Poniedziałkowe święto z Wielkiej Brytanii – 60-lat panowania Elżbiety II, pomogło złotemu. Londyn nie handlował, dlatego nasza waluta umocniła się lekko do euro, dolara i franka szwajcarskiego. Niestety we wtorek inwestorzy w City powrócili do gry, co natychmiast przełożyło się na osłabienie złotego. Cena euro znów podeszła pod 4,40 zł, frank jest powyżej 3,65 zł, a dolar amerykański powyżej 3,50 zł.

Lepiej już było

Od przypadającego na marzec tegorocznego dołka frank jest już droższy o 24 grosze. Boleśnie odczuwają to właściciele kredytów hipotecznych denominowanych w szwajcarskiej walucie. Jak wynika z analizy przygotowanej dla DGP przez Home Broker, w wyniku niekorzystnych zmian kursu od marca do czerwca rata we franku dla kredytu w wysokości 300 tys. zł, z marżą 1,5 proc. i spreadem 20 groszy wzrosła o 123 zł – do 1885 zł. Jeszcze bardziej szokujący jest ten wzrost, jeśli spojrzymy na wysokość raty przed początkiem kryzysu, czyli w lipcu 2008 r., kiedy to frank kosztował ok. 2,20 zł. Od tego czasu rata takiego typowego kredytu wzrosła aż o 410 zł, czyli w sumie niemal o 28 proc. Jak tłumaczył Krzysztof Pietraszkiewicz, prezes Związku Banków Polskich, to, że kredyty we frankach psują się najwolniej i odsetek tych niespłacanych jest najniższy ze wszystkich typów zadłużenia, wynika z tego, że banki pozwalały się zadłużać w walutach osobom lepiej sytuowanym. Na takie zadłużenie częściej decydowały się osoby świadome ryzyka, jakie niesie ze sobą kredyt w walucie innej niż się zarabia. A ryzyko kursowe to niejedyne ryzyko. W Szwajcarii są obecnie najniższe stopy procentowe. Wynoszą 0,00 proc. – w konsekwencji trzymiesięczna stopa rynku międzybankowego LIBOR CHF, od wysokości której zależy oprocentowanie większości kredytów we franku, wynosi obecnie 0,11 proc. Wprawdzie od początku roku wzrosła o 119 proc., ale w liczbach bezwzględnych wzrost ten wyniósł jedynie 0,06 pkt proc. Z punktu widzenia kredytobiorcy jest niezauważalny. Jednak z czasem, gdy Szwajcaria podwyższy stopy procentowe, ten wzrost może być także bolesny dla mających zobowiązania w tej walucie.

Bywało gorzej

Klienci zadłużeni w złotych wzrost stopy rynku międzybankowego odczują już w czerwcowej racie kredytu hipotecznego. Słaby złoty podbija nam inflację. W kwietniu jej liczony rok do roku wzrost wyniósł 4 proc. W konsekwencji w maju Rada Polityki Pieniężnej zdecydowała się na podniesienie stóp procentowych o 0,25 pkt. Referencyjna wynosi od ubiegłego miesiąca 4,75 proc. W efekcie w górę poszła stopa WIBIOR 3M, od której zależy oprocentowanie większości kredytów hipotecznych w złotych – z 4,95 proc. do 5,12 proc. – Kredytobiorcy odczują to już w czerwcowej racie. Dla analizowanego kredytu wzrosła ona od kwietnia o 32,5 zł – do 1858,9 zł – podkreśla Katarzyna Siwek, dyrektor działu analiz i komunikacji Home Broker.

Jednak jest to nadal mniej, niż spłacają bankom osoby zadłużone we frankach. Mało tego, biorąc pod uwagę okres przed kryzysem, można zauważyć, że pomimo majowej podwyżki stóp właściciele kredytów w złotych i tak są wygrani. W 2008 r. stopy były znacznie wyższe niż obecnie. Wówczas latem referencyjna wynosiła 6 proc. Od tego czasu rata analizowanego, typowego kredytu zmniejszyła się o ponad 300 zł. Do tego w zgodnej opinii ekonomistów na razie RPP powinna powstrzymać się z kolejnymi podwyżkami stóp. Może jeszcze trochę wzrosnąć WIBOR 3M, co przełoży się na wzrost raty o kilkanaście złotych.

Powinno być lepiej

RPP na razie nie podwyższy stóp i to pomimo wciąż wysokiej inflacji. – W naszej opinii w maju podobnie jak w kwietniu wyniosła ona 4 proc. W czerwcu może jeszcze podskoczyć do 4,4 proc. – mówi Jakub Borowski, główny ekonomista Kredyt Banku. Winny jest nie tylko słaby złoty – choć powoduje, że pomimo spadku cen surowców na światowych rynkach ani cena benzyny, ani

oleju napędowego, ani ropy w Polsce nie spada – lecz także wysokie ceny żywności. W czerwcu wzrost popytu na żywność i paliwa spowodowany Euro 2012, a także wzrost niektórych cen, np. w hotelach, restauracjach – dodatkowo podbiją inflację.

W konsekwencji spadają zyski z lokat. Jak policzył Open Finance, w kwietniu czternasty raz z rzędu przeciętny realny – czyli po uwzględnieniu stopy inflacji oraz podatku Belki od zysków kapitałowych – zysk z depozytów był ujemny. Tylko w jednej instytucji – Idea Banku roczna lokata na 5 tys. zł założona w 2011 r. dała zarobić ponad 1 proc. W kilku od 0,05 proc. do poniżej 1 proc. Jednak w grupie tej nie ma żadnego banku z pierwszej piątki największych detalicznych, w których klienci indywidualni najczęściej oszczędzają pieniądze. – Mniej niż co drugiemu klientowi udało się realnie zarobić na rocznej lokacie zakładanej w kwietniu 2011 r. Przeciętna rentowność po uwzględnieniu wzrostu cen (w kwietniu 4 proc. r/r) i 19-proc. od zysków kapitałowych wyniosła minus 0,14 proc. wobec minus 0,02 proc. przed miesiącem – wylicza Michał Sadrak, analityk Open Finance. Podkreśla, że dopóki inflacja nie zacznie hamować, dopóty trzymanie pieniędzy na depozytach będzie nam dawało wyłącznie bezpieczeństwo, ale nie znaczący zysk.

Ekonomiści są zdania, że wyhamowania wzrostu cen możemy się spodziewać w drugiej połowie roku, ale to w dużym stopniu będzie zależało od kursu złotego. Jeśli nie przestanie się osłabiać, wówczas niewiele pomoga spadek konsumpcji i spowolnienie gospodarcze.

Zadłużeni w złotych odczują wzrost wysokości rat już w czerwcu