Jeszcze rok temu w Polsce było 900 winnych inwestorów, a obecnie jest ich już prawie 2 tys. Razem wyłożyli na butelki 150 mln zł, skuszeni kilkudziesięcioprocentowymi zyskami. Takie profity w skali roku obiecują firmy pośredniczące w lokowaniu w wino, m.in. Wealth Solutions czy Wine Advisors. W porównaniu z inwestycjami w bankach, na giełdzie czy w funduszach to zyski astronomiczne.

Minimalna kwota, jaką trzeba wyłożyć, to 12 tys. zł. Inwestor musi też zapłacić opłatę wstępną (8 – 15 proc. wartości inwestycji), a także 2,5 proc. opłaty za zarządzanie. Dodatkowo trzeba też wykupić polisę ubezpieczeniową na wypadek, gdyby wino się zepsuło albo magazyn, w którym leżą beczki, np. spłonął. Inwestorzy nie mają wpływu na to, co dzieje się z ich winem. Najczęściej znajduje się ono w piwnicach producentów z regionu Bordeaux, gdzie leżakuje w beczkach. To już rozlane do butelek, z reguły droższe, trzymane jest w specjalnych magazynach w Wielkiej Brytanii.

– Jeśli inwestor chce sprowadzić swój trunek, możemy to zrobić, ale do tej pory żaden się na to nie zdecydował – mówi Piotr Suchodolski z Wealth Solutions. Niewielu też zdecydowało się na sprzedaż swojego wina. Wolą śledzić notowania indeksów winnych i liczyć zyski. Kto w maju 2009 r. zainwestował w wino Carruades de Lafite, w sierpniu 2011 r. mógł je sprzedać z zarobkiem 485 proc.

180 proc. wynosi roczna stopa zwrotu dla wina Pelit Moutlon z 2008 roku (najchętniej kupowane przez polskich inwestorów)

150 mln zł ulokowali do tej pory w winach polscy inwestorzy

37,4 proc. to średni roczny zysk z portfeli winnych 180 proc.