"Wiosenny przypływ energii sprawia, że pojawia się chęć załatwienia wielu spraw. Część z nich trzeba sfinansować kredytem, a ze względu na rosnący optymizm gotowi jesteśmy podejmować większe ryzyko i łatwiej jest się zdecydować na pożyczenie pieniędzy" - mówi Open Finance dr Katarzyna Hamer z Instytutu Psychologii Polskiej Akademii Nauk i Uczelni Heleny Chodkowskiej.

A na co Polacy biorą teraz kredyty? Na remonty mieszkań, odnowienie ogrodów i sprzęt ogrodniczy. Wiosną zdecydowanie zwiększa się też ruch w salonach i komisach samochodowych. Wiele osób przedpłaca już wyjazdy wakacyjne. Do listy tej dochodzą też wydatki związane z uroczystościami komunijnymi. Wszystko wskazuje na to, że w tym roku również wiele wydatków Polacy sfinansują kredytem. Już marcowe dane Narodowego Banku Polskiego wskazywały, że wzrosła sprzedaż kredytów konsumpcyjnych. A z comiesięcznych badań koniunktury bankowej Instytutu Pentor wynika, że w kwietniu zapał Polaków do zadłużania się wzrósł jeszcze bardziej.

Dla banków skokowy wzrost zainteresowania kredytami konsumpcyjnymi właśnie wiosną nie jest żadnym zaskoczeniem, ale dla pożyczających już niekoniecznie. Warto, więc wiedzieć, czy klienci na stadnym zachowaniu tracą czy zyskują?

Jak wynika z danych Open Finance średni koszt rocznego kredytu w wysokości 5 tys. zł od lutego 2011 r. do kwietnia 2011 r. spadł. W przypadku klienta znanego bankowi koszt całkowity obniżył się o 20 zł z 585 zł do 565 zł. W grupie klientów zewnętrznych również widać spadek. Poza pożyczonymi 5 tys. zł bankom muszą oni oddać średnio 602 zł wobec 624 zł w lutym. Sytuację tym bardziej należy docenić, że banki obniżają koszty w warunkach rosnących stóp procentowych. Ostra konkurencja na rynku bankowym powoduje, że większy popyt nie jest wykorzystywany do podwyżek, lecz do zwiększenia sprzedaży.

Ważne jest, aby w przypływie wiosennego optymizmu nie przeszarżować z szacowaniem swoich kredytowych możliwości, bo wtedy grozi nam jeszcze większy „jesienny dół”. Najlepiej jest dopilnować, aby suma rat kredytów przeciętnego Polaka pochłaniała najwyżej 20-25 proc. dochodów.