Paweł Rochowicz: Polska gospodarka pędzi w niebywałym tempie. Komisja Europejska prognozuje nawet sześcioprocentowy wzrost gospodarczy w tym roku. Czy rzeczywiście stajemy się tygrysem Europy?
Zyta Gilowska: Wszystko na to wskazuje, tegoroczny wzrost może być nawet większy.

Komu lub czemu to zawdzięczamy?
Przede wszystkim inwestycjom, które wreszcie ostro poszybowały w górę, zwłaszcza w ostatnim kwartale ubiegłego roku. Ich udział w tworzeniu PKB przekroczył 20 proc. Równocześnie bardzo dobrze trzyma się eksport. Jest też przyjazny klimat gospodarczy, co ośmiela konsumentów. Sprzyja nam też kilka czynników zewnętrznych - przede wszystkim uspokojenie na światowych rynkach paliw, a także kontrolowana stabilizacja na Bliskim Wschodzie. Dobre wyniki mają też najsilniejsze gospodarki krajów Unii Europejskiej, a także USA. Pokój na świecie jest bardzo ważny, bo gdy ludzie nie wojują, to handlują.

Jednak ekonomiści trąbią na alarm, że Polska może przespać najlepszy od lat okres. Płacimy za wysokie podatki, przedsiębiorcy narzekają na wysokie koszty pracy. Co z reformami?
Właśnie do nich przystępujemy, a niektóre zmiany w podatkach zostały już nawet uchwalone. Chcemy też radykalnie zmniejszyć pozapłacowe koszty pracy, a szczególnie składkę rentową - o ponad połowę, a od 1 lipca br. z 13 do 10 proc. Projekt ustawy w tej sprawie jest gotowy, lada dzień trafi do uzgodnień, a potem na Radę Ministrów. Powinien zostać uchwalony do połowy maja tego roku, tak by informatycy zdążyli przygotować na czas system informatyczny ZUS. Po konsultacjach z panią prezes Aleksandrą Wiktorow wiem, że zdążymy na czas.

Czy zatem nasze lipcowe pensje będą już o kilkadziesiąt złotych wyższe?
Między innymi o to właśnie nam chodzi.

A co z reformą finansów publicznych?
System, który dziś mamy, tkwi korzeniami jeszcze w latach 50. i jest kulą u nogi dynamicznej gospodarki. Zmieni się tu bardzo dużo.

Ale kiedy?
Obecnie mamy pilniejsze sprawy - najpierw zmniejszenie kosztów pracy i lepsza organizacja finansów publicznych. Czyli wzmocnienie fundamentów rozwoju gospodarczego. Zresztą w podatkach najbardziej przydałoby się obniżenie podstawowej stawki VAT, na co nas nie stać. Natomiast dla koncepcji jednolitej stawki VAT, możliwie niskiej, nie ma obecnie klimatu politycznego.

Czyli dla obniżki VAT z 22 do 15 proc.?
Tak. Poczekajmy więc, czy nasza gospodarka dokona kolejnych tygrysich skoków. Ja jestem przekonana, że takie skoki będą. Jeśli praca będzie tańsza i zarobki wyższe, to będzie można pomyśleć o dalszych reformach.

Szybkiemu wzrostowi zapewne pomogłoby szybkie przyjęcie euro. Tymczasem nikt w rządzie się do tego nie pali.
Chodzi o to, by sobie nie zrobić krzywdy. Chcielibyśmy się znaleźć w klubie euro, ale musimy być pewni, że nasza gospodarka i nasze finanse udźwigną zupełnie nowe wyzwania, np. przetrwają ewentualne ataki spekulacyjne na naszą walutę, gdy będziemy przebywać w "poczekalni" do wspólnej waluty, gdy będziemy musieli trzymać wyznaczony kurs złotówki.

A czy musimy organizować referendum w tej sprawie?
Nie, chociaż w ważnych kwestiach obywatele mają prawo wypowiadać się w tej formie. Ale ja wierzę w mądrość obywateli, którzy nieraz już dali dowód rozsądku w referendach. Coraz więcej z nich ma styczność z naszymi emigrantami zarabiającymi w euro. Dla nich wprowadzenie wspólnej waluty wyeliminuje kłopoty z różnicami kursowymi, a to jest jedna z podstawowych korzyści z wprowadzenia euro.

Więc uświadomiony ekonomicznie naród powie wspólnej walucie "tak"?
Jestem o tym przekonana. Przed referendum swoją wiedzę ekonomiczną będą musieli pogłębić także politycy. Taka perspektywa szczerze raduje, prawda?