Ewa Zwierzchowska: Jest pan „grubą rybą” – wiceprezesem zarządu Eurobanku. A jeszcze dziesięć lat temu?

Maciej Szczechura*: Studiowałem. Stosowane nauki społeczne na Uniwersytecie Warszawskim. Nietypowy kierunek. Po pierwsze, dlatego że była to wtedy zupełna nowość – socjologia nastawiona na zdobywanie wiedzy praktycznej. Po drugie – bo złamałem rodzinne tradycje. Od kilku pokoleń prawie wszyscy byli prawnikami. Mama, babcia, mąż mamy. Już na studiach doskonale wiedzieli, co będą robić. A ja, student socjologii stosowanej, nie miałem żadnego szczególnego pomysłu. Rodzina ciągnęła mnie za język, pytając, co dalej? Nie wiedziałem, co mam odpowiedzieć. Przebąkiwałem, że może będę pracować w reklamie. I tak się stało.

Jak trafił pan do agencji reklamowej?

Spodobała mi się kreowana przez media wizja pracy w agencji: chodzi się w t-shirtach, nie trzeba się elegancko ubierać, jest fajna atmosfera, nie ma stałych godzin pracy, zarabia się duże pieniądze. Dlatego wysłałem dziesięć CV na kolorowych kartkach do różnych agencji reklamowych, których nazwy brzmiały światowo. I dostałem swoją szansę w DDB Corporate Profiles.

Trzeba jednak pamiętać, że w połowie lat 90. bardziej od wiedzy czy doświadczenia liczyła się też ogólna elokwencja, kreatywność i obycie. W tamtych czasach nikt przecież nie uczył reklamy i marketingu. Szło się na żywioł, a pierwszą pracę w najróżniejszych korporacjach można było dostać niemal od ręki. Przyjmowano każdą osobę, nawet bez doświadczenia. Można było szybko zrobić karierę, bo brakowało doświadczonych ludzi. Nic dziwnego więc, że wiele osób zaczynało pracę już na początku studiów, dokładnie tak jak ja.

Jak wspomina pan pierwsze lata pracy?

Jako niezłą harówkę. A miałem na głowie jeszcze studia. Było dużo pracy przy projektach, ale też dużo luzu, zabawy, bo granica między życiem zawodowym a osobistym była bardzo płynna. Podobało mi się to. Dochodziłem do coraz wyższych stanowisk w agencji. Zacząłem zarządzać kilkunastoosobowymi zespołami, nowymi projektami. Musiałem się nauczyć, jak zwalniać ludzi, jak rozwiązywać konflikty. Dwa, trzy lata doświadczeń w reklamie i zarządzaniu ludźmi dawało wtedy ogromną przewagę nad innymi. Świetny punkt do rozpoczęcia kariery. Niestety, pod koniec lat 90. przyszedł pierwszy kryzys. Firmy drastycznie zmniejszyły swoje budżety reklamowe, a agencje reklamowe i domy mediowe zaczęły zwalniać pracowników i liczyć każdą wydaną złotówkę. Na szczęście byłem już wtedy na menedżerskim stanowisku i odpowiadałem za kilka kluczowych projektów.

Nie miał pan chwil zwątpienia?

Miałem. Po siedmiu latach pracy w agencji w dzień i w nocy powiedziałem: dość! Postanowiłem zrobić sobie przerwę. Na rok pojechałem w podróż dookoła świata. Odwiedziłem Wietnam, Laos, Kambodżę, Japonię, Indonezję, Nową Zelandię. Pracowałem w barach na plaży. To był ciekawy czas w życiu, który dał mi dużo dystansu. Gdy wróciłem do Polski, po kilku miesiącach pracowałem już jako dyrektor marketingu w Eurobanku.

Jak pan się tam znalazł?

Eurobank nie pojawił się przypadkiem. Agencja DDB pracowała m.in. dla Lukas Banku i jego twórcy – Mariusza Łukasiewicza. To on tworzył później Eurobank. Kiedy startował, była duża presja na czas, na wyniki. Nie mogliśmy pozwolić sobie na budowanie zyskowności firmy przez kilka lat. Każda kampania musiała przynieść określoną liczbę klientów. Wyzwanie było więc ogromne, ale praca dawała mnóstwo satysfakcji. Mariusz Łukasiewicz szukał do współpracy młodych, aktywnych, kreatywnych ludzi, którzy nie boją się wyzwań i odpowiedzialności. Ponieważ miałem już doświadczenie w zarządzaniu zespołem i dużymi projektami, nie bałem się wejść w bankowość. Na początku pracowałem dla Lukas Banku, a po jego sprzedaży – dla Eurobanku. Wtedy pojawiła się propozycja, aby przejść na drugą stronę. Podjąłem wyzwanie. W banku zacząłem od stanowiska dyrektora departamentu marketingu, teraz jestem na poziomie zarządu.

Za co odpowiada wiceprezes?

Mam pod sobą cały marketing, reklamę, komunikację wewnętrzną i zewnętrzną, obsługę klienta i call center. Mój zakres obowiązków ciągle się rozszerza. Nadal jednak uczestniczę w planowaniu kampanii, dopinam wszystko na ostatni guzik. Może nie sprawdzam, tak jak wcześniej, każdej ulotki, bo robią to moi współpracownicy, ale jestem zaangażowany w najważniejsze kampanie nowych produktów.

W jaki sposób planuje pan kampanie reklamowe?

Najważniejsze jest to, by komunikacja przebiegała według spójnej koncepcji. Nie reklamujemy banku jako instytucji, ale konkretne produkty. Tym się różnimy od innych. W Polsce jest 70 banków, wiele nowych wchodzi na rynek, rozwija swoją działalność, rozbudowuje oddziały. Konkurencja jest bardzo duża. Robienie przyzwoitego marketingu jest więc niezwykle ważne. Na przykład dwa lata temu zrobiliśmy kampanię o nazwie „TV Bank”. Były to 60 i 90-sekundowe spoty wyświetlane między pogodą a sportem, po wiadomościach. Wyglądały jak program informacyjny, z dwójką prowadzących w studio. Efekt? Zablokowane infolinie, świetna sprzedaż naszych produktów.

Kolejnym trafionym pomysłem była zamiana numeru infolinii banku na czterocyfrowy. Uparłem się, aby takie rozwiązanie wprowadzić. Była to jednak usługa w fazie testów. Nie można było jej kupić na rynku. Walczyłem długo i udało się. Dostaliśmy numer w fazie testowej. Od tamtego czasu liczba telefonów wzrosła dwukrotnie. Staramy się mówić do klienta bardzo konkretnym językiem. Jeśli wprowadzamy na rynek szybki kredyt, to nazywamy go „kredyt w 15 minut” i tak go reklamujemy. Nie mówimy o spełnianiu potrzeb i marzeń.

Jaki jest pan na co dzień?

Umiem złapać dystans do rzeczywistości. Nie jestem typem człowieka, który z racji zajmowanego stanowiska każe do siebie mówić „panie prezesie”. W Eurobanku wszyscy mówimy sobie po imieniu. Wolny czas lubię spędzać aktywnie.Uwielbiam kitesurfing, snowboard i inne adrenalinowe rozrywki.

*Maciej Szczechura jako wiceprezes zarządu w Eurobanku odpowiada za marketing, centrum obsługi klienta i PR. Ma 32 lata.