To osoby zwerbowane już przez polskie firmy, mające ważne pozwolenia na prace wystawione przez urzędy wojewódzkie. Na przyjazd do Polski czekają Hindusi, Nepalczycy i Banglijczycy. Część z nich bezskutecznie próbuje zarejestrować swój wniosek o wizę już od ośmiu miesięcy.

Pracodawcy w Polsce w poszukiwaniu rąk do pracy werbują pracowników z krajów Dalekiego Wschodu. W czołówce są Nepal, Indie i Bangladesz. Jak pisaliśmy w zeszłym tygodniu, gwałtownie rośnie liczba pozwoleń na pracę wydawanych obcokrajowcom z tych właśnie krajów. W pierwszym półroczu tego roku urzędy wojewódzkie obywatelom tych trzech krajów wydały łącznie 16 tys. dokumentów umożliwiających podjęcie pracy w Polsce.

Ale samo pozwolenie na pracę nie wystarczy. Obcokrajowcy, którzy mają już niezbędny dokument i zagwarantowaną posadę w polskiej firmie, potrzebują jeszcze wizy zarobkowej. I tu zaczyna się problem. Ambasada w New Delhi tonie w zalewie wniosków. Placówka poza Indiami północnymi (za południową część kraju odpowiada konsulat w Mumbaju) obsługuje Nepal, Bangladesz, Bhutan, Sri Lankę, Afganistan i Malediwy. Według naszych informacji na wizę pracowniczą może czekać w tej chwili 25 tys. osób. Tymczasem wydział konsularny w ambasadzie liczy cztery osoby, przez pierwsze siedem miesięcy tego roku placówka w New Delhi wystawiła 3,5 tys. wiz z prawem do pracy.

Agencja pośrednictwa pracy Eastsource Recruitment (ER) od pięciu tygodni usiłuje zarejestrować wnioski o wizy dla zrekrutowanych Nepalczyków w internetowym systemie e-Konsulat. Bezskutecznie. – Terminy zwalniane są we wtorki i piątki, ale system zawiesza się regularnie na kilka minut przed otwarciem okna, więc do tej pory wniosków nie udało nam się zarejestrować – powiedział Przemysław Zgała z ER. Jego agencja uzyskała pozwolenia na pracę w polskich urzędach dla 118 Nepalczyków na dwa lata, terminy już płyną. Osoby te miały przyjechać do pracy w branży produkcyjnej. – Ludzie czekają, są gotowi przyjechać, ale nie mogą. Nie mamy pojęcia, czy w czasie obowiązywania pozwoleń uda się te wizy dostać – opowiada.

Czas oczekiwania na wizę w New Delhi wynosi dziewięć miesięcy i więcej – wynika z doświadczeń agencji zatrudnienia Trenkwalder Polska. Firma pod koniec zeszłego roku zrekrutowała 80 osób z Bangladeszu. Wszystkim udało się załatwić pozwolenie na pracę w urzędach wojewódzkich, ale tylko 11 osób do Polski przyjechało.

Tylko im udało się umówić na kolejkę do złożenia wniosku o wydanie wizy pracowniczej – mówi Ewelina Glińska-Kołodziej z Trenkwaldera.

Do 9 sierpnia działał system zgłoszeń e-mailowych. Co czwartek przydzielano terminy dla adresatów pierwszych 250 wiadomości, każdorazowo wpływało po kilkadziesiąt tysięcy e-maili. 9 sierpnia padł rekord – na skrzynkę przesłano 120 tys. wiadomości, co doprowadziło do przeciążenia serwera MSZ. Od tamtej pory system nie działa, wnioskującym pozostaje e-Konsulat.

Za dużym napływem zgłoszeń stoi nie tylko duże zainteresowanie wyjazdem do Polski, ale też działalność różnego rodzaju naciągaczy. Często są to lokalni pośrednicy, którzy po zarejestrowaniu się w systemie próbują odsprzedawać wolne miejsca osobom czekającym na wizę – mówi Artur Lompart, dyrektor biura prasowego w resorcie i były konsul w New Delhi. Z listów wnioskodawców wizowych wynika, że cena za wolny termin waha się od 1 do 3 tys. euro. – Walczymy z tymi praktykami, sprawdzając listy, usuwając fałszywe wnioski, blokując pośredników, ale to pomaga tylko na chwilę – powiedział.

Rozwiązaniem ma być outsourcing wizowy – przyjmowaniem wniosków będą zajmować się firmy zewnętrzne działające w rożnych lokalizacjach. Według Lomparta trwają prace nad udzieleniem zamówienia publicznego. Pomysł nie jest nowy. Podobne rozwiązania zostały już wprowadzone w Rosji i na Ukrainie, centra wizowe prowadzone przez firmy zewnętrzne umożliwiały interesantom złożenie wniosku wizowego i odebranie paszportu bez potrzeby stawienia się osobiście w konsulacie.

Pracodawcy liczą, że głód rąk do pracy uda się zaspokoić w innych azjatyckich krajach. Perspektywiczne są Wietnam i Filipiny, chociaż na razie tłumów nie ma – w pierwszym półroczu pozwolenia na pracę otrzymało 517 Wietnamczyków i 866 Filipińczyków. Na Filipinach pracownika można pozyskać jedynie za pośrednictwem państwowego urzędu. Ma to zmienić umowa z władzami Filipin, którą negocjuje polski rząd. Glińska-Kołodziej z Trenkwaldera dodaje, że rekrutacja pracowników w tym kraju wiąże się z wysokimi kosztami, bo zwerbowana osoba wraz ze swoim opiekunem musi przyjechać do polskiego konsulatu w Kuala Lumpur w Malezji. Koszt całej operacji to ok. 5 tys. zł. Z kolei przyczyną małego zainteresowania Wietnamem są trudności językowe – o ile w Indiach i na Filipinach angielski jest językiem urzędowym, a w Nepalu i Bangladeszu używa się go jako drugiego, o tyle w Wietnamie trudno jest o pracownika ze znajomością angielskiego.