Popularne profesje w 2030 roku – jakie to będą?
Przyszłością są zawody STEM – to skrót od: science, technology, engineering, and mathematics, czyli nauka, technologia, inżyniera i matematyka. Rzecz jasna wszystkie związane z nowymi technologiami.

A jeśli ktoś niekoniecznie ma umysł ścisły?
Wtedy i tak będzie miał wybór, czego dowodzą eksperci od naukowego przewidywania przyszłości z firm Idea Couture czy np. Sparks&Honey. Wskazują oni na m.in.: personal digital curator, co można przetłumaczyć jako osobisty kurator cyfrowy i garbage designer – projektant śmieci.
W tym pierwszym przypadku mowa o specjaliście, który doradzi, jak funkcjonować w sieci, czytaj: jak zarządzać swoim e-wizerunkiem tak prywatnym, jak i zawodowym. Będzie to szczególnie ważne dla pokolenia tych osób, których rodzice mają teraz ok. 40 lat. Radośnie wrzucając kompromitujące zdjęcia swoich dzieci – podpisane imieniem i nazwiskiem – nie zdają sobie często sprawy, że Internet jest miejscem, gdzie nic nie ginie. A to oznacza, że dostęp do takich informacji po latach mieć będzie także potencjalny pracodawca ich dzieci – po ich przejrzeniu niekoniecznie będzie miał poczucie, że dana osoba jest odpowiedzialna, godnie będzie reprezentować firmę i nie naradzi jej imienia na szwank.

W tym drugim przypadku, o kim dokładnie mowa?
O osobie, która będzie się zajmowała z jednej strony znajdowaniem nowych zastosowań dla zużytych już materiałów, z drugiej – takim projektowaniem produktów, by były łatwe albo w utylizacji, albo nadawały się do powtórnego przetworzenia. A to tym bardziej, że już teraz wielu jest klientów, którzy gotowi się zapłacić za sprzęt więcej, jeśli ten będzie służył im dłużej, po drugie – nie wyląduje nie wiadomo gdzie. Najczęściej na wysypiskach w krajach rozwijających się.

Simplicity designer, czyli ekspert ds. uproszczeń – on też pojawia się w wykazie. Czym z kolei on ma się zajmować?
Spłaszczaniem hierarchii w firmach – tak w wymiarze ludzkim, jak i proceduralnym. Bo płaska struktura sprawia, że firma lepiej funkcjonuje, sprawniejsza jest w niej komunikacja, a pracownicy bardziej zaangażowani. Każdy z nich ma poczucie sprawczości.

I do tego potrzeba osobnej specjalizacji?!
Tak, bo za 10-15 lat coraz rzadziej będziemy pracować w biurze – raczej w domu, albo w podróży. Rzadziej też na etacie, np. przez 12 lat w jednej firmie pnąc się po szczeblach drabiny. A raczej przy różnego rodzaju projektach, które będą się stale zmieniały. I co za tym idzie, częściej będziemy tworzyć portfolio projektów przy których pracowaliśmy, a nie CV z listą firm, w których byliśmy zatrudnieni. Oczyścicie nazwy firm będą się pojawiać, ale będziemy pracować dla nich, a nie w nich.

Nomadyzm, praca projektowa… Jakie będą inne jeszcze czynniki, które przebudują rynek pracy?
Łącznie wskazuje się na cztery główne determinanty, w tym też na nowe pokolenie pracowników. Już teraz mówi się o tym, że w 2020 roku millenialsi będą stanowić ok. 50 proc. zatrudnionych. I choć słowo to nabrało pejoratywnego znaczenia – używa się go na określenie osób wymagających, roszczeniowych, trudnych we współpracy – to jednocześnie są to jednostki, które uczą się na błędach rodziców. Świadome tego, że równowaga między życiem a pracą musi być zachowana. A to oznacza, że o godz. 16 wyjdą z pracy, bo mają np. jogę. Że nie ma co ich przekonywać do pracy po godzinach itd. Ale to też osoby z ogromną motywacją, by wprowadzać zmiany, kształtować najbliższą przyszłość i otoczenie pracy. W myśl zasady: to jest nasz świat i jesteśmy za niego odpowiedzialni.

Wielu ekspertów wskazuje, że i tak najważniejszy będzie stały rozwój technologii.
"Roboty i inne urządzenia nas zastąpią" – tak, to prawda, ale z małym zastrzeżeniem. Bo tylko w odniesieniu do tych zawodów, które nie wymagają wysokich kwalifikacji. Bo jeśli uwzględnić ostatni ważny czynnik – starzejące się społeczeństwo (za kilka lat 65 proc. osób będzie po 60-tce) – to najmocniej będzie się rozwijał rynek usług, szczególnie w Polsce. Pojawią się emeryci, którzy będą mogli sobie pozwolić na różnego rodzaju udogodnienia. I nie mam na myśli niezwykłych luksusów. Ale będą potrzebowali – ja za jakieś 20 lat – pomocy różnego rodzaju, a to związanej z medycyną, a to rehabilitacją, a to nawet z codziennym funkcjonowaniem. I stąd we wskazaniach naukowców pojawia się kolejny nowy zawód: doradca ds. opieki zdrowotnej.

Powinna to być osoba związana z medycyną?
Nie do końca o to chodzi. Bardziej o osobę, która może mieć wykształcenie humanistyczne, jak najbardziej, ale przede wszystkim będzie w stanie udzielić wszelkiego rodzaju informacji o tym, gdzie dane badanie zrobić, gdzie jest najkrótsza kolejka, za jakie pieniądze... Innymi słowy: tak pokieruje 65-latkiem, by pomóc mu przebrnąć np. przez terapię onkologiczną.

Przez telefon czy za rękę?
Osobiście, bo najpierw zbuduje z chorym relację, a potem będzie wspierać go w całym procesie leczenia. Najlepiej jeśli będzie miała psychologiczne doświadczenie albo chociaż specjalistyczny kurs z tego zakresu. To nie jest absolutnie opieka na zasadzie zmieniania kroplówek, tylko nawigacja przez meandry systemów opieki zdrowotnej.

Pośrednio wiąże się to z dwoma innymi profesjami przyszłości: nostalgista i digital death manager, czyli manager śmierci cyfrowej.
Nostalgista to już bardzo luksusowa usługa. Skrzyżowanie projektanta wnętrz z opiekunem osób starszych, którego zadaniem będzie pomóc w stworzeniu wystroju domu czy mieszkania na wzór wybranej dekady z przeszłości. Np. jeśli pozytywne skojarzenia budzą w nas lata 80., to nostalgista pomoże tak zaaranżować przestrzeń, by znalazła się tam m.in. boazeria i szafki kuchenne pod kolor. Teraz, patrząc na emerytów, którym nie starcza na lekarstwa i życie – może się to wydawać niemożliwe. Ale jeśli tylko będą mieć pieniądze, to dlaczego nie?!

A digital death manager – za co on miałby odpowiadać?
Pomoże zakończyć nasze życie w sieci. Będzie mieć hasła do wszystkich portali, w których funkcjonujemy, by po naszej śmierci zamieścić na naszych profilach np. film pożegnalny.

Jakieś inne zawody jeszcze się pojawią?
Z pewnością, bo tempo zmian jest nieprawdopodobne. Kiedyś, żeby dokonała się zmiana na rynku pracy, musieliśmy czekać 10-15 lat – "10 najbardziej pożądanych zawodów z roku 2010 nie istniało jeszcze w 2004 roku", jak piszą naukowcy. Teraz ten czas skrócił się zaledwie do roku albo nawet i pół roku. I dlatego dziś najlepiej mówić też nie o konkretnych profesjach, ale o tym, co będzie ważne w pracy za lat 10-20 i o tym, czego młodzi ludzie powinni się już teraz uczyć.

No właśnie, i czego?
Przede wszystkim umiejętności rozwiązywania złożonych problemów, krytycznego myślenia, kreatywności, zarządzania ludźmi. Równie ważna wydaje się też kwestia współpracy z innymi – tym bardziej, że już teraz zmagamy się z problemami, co do których jedna osoba nie jest w stanie sobie z nimi poradzić. Nawet jeśli poparzymy na kwestie ekologii, w tym np. przeprowadzenia kampanii społecznej – przecież do jej zrealizowania potrzebne są osoby z wiedzą z bardzo różnych dziedzin i z bardzo różnych działów.

Co jeszcze będzie w cenie?
Inteligencja emocjonalna, umiejętność analizowania i podejmowania decyzji, negocjowania oraz np. zorientowanie na usługi. W ostatnim przypadku jesteśmy jeszcze w powijakach, jeśli spojrzeć np. na USA. Choć i u nas wiele się w tej kwestii zmienia – duże korporacje zaczęły już inwestować w szkolenia, zastanawiać się, jak ich klienci odbierają firmę, jak się z nią kontaktują, nawet, kiedy kończą współpracę. Wcześniej przypominało to osobiste przepychanki ze znajomymi, teraz – profesjonalna komunikację spółki, która być może nie jest zadowolona z tego, że traci klienta, ale przynajmniej wie, jak się zachować.

Wielu eksportów uważa, że słowem kluczem ma być też elastyczność poznawcza.
Ale związana przede wszystkim ze sposobem zorganizowania pracy: od projektu do projektu, za każdym razem w nowym środowisku. A nie na zasadzie: jestem starym wygą w firmie i znamy tu każdy kąt. Trzeba będzie się więc umieć dostosowywać stale do nowym warunków pracy i do nowego środowiska – miejsc, ludzi, oczekiwań...

W parze za tym będą szły też wysokie zarobki?
Tak, bo zmiany na rynku pracy wymuszą i na firmach ugięcie się pod żądaniami pracowników. Szczególnie tych wartościowych i z rzadkimi umiejętnościami, którzy staną się pionierami zmian. Jak na razie jednak żadna z firm nie podjęła się przewidywania konkretnych kwot.