Polacy muszą pracować dłużej niż Niemcy, bo jesteśmy biedni i musimy gonić Zachód. Nie można wprowadzać dodatkowych dni wolnych lub ograniczać pracy w weekendy, bo jesteśmy biedni i musimy gonić Zachód. Niepotrzebne jest egzekwowanie kodeksu pracy, bo jesteśmy biedni i musimy gonić Zachód. W tę mantrę uzasadniającą pracoholizm społeczeństwo długo wierzyło. Ale powoli przestaje.

Polacy nieśmiało uświadamiają sobie inną prawdę – że wcale nie muszą tracić życia na nadgodzinach za kiepskie wynagrodzenie. Są inne możliwości. Można wyjechać do Anglii lub Irlandii – i pracować tam krócej, a zarabiać więcej. Można założyć rodzinę, skorzystać z długich urlopów i obniżać wymiar czasu pracy, a dzięki 500 plus nawet przestać zarabiać. Można wreszcie mieć mniej wymagający etat, może nieco gorzej płatny, ale gwarantujący wolny czas.

Zmieniły się potrzeby Polaków. Absolwent marketingu i zarządzania, pracujący w nielimitowanych godzinach dla filii zagranicznej korporacji o nazwie znanej z reklam, przestał być symbolem sukcesu. A był nim jeszcze dwie dekady temu, w szczególności dla osób, które wchodziły na rynek pracy. Dziś dla młodych to raczej przykład nietrafionej ścieżki zawodowej i ofiara wyścigu szczurów. Nie jest to przypuszczenie oparte jedynie na obserwacjach mieszkańca wielkiego miasta. Z badań wynika, że czas pracy Polaków staje się coraz krótszy, a kariera zawodowa w hierarchii wartości zaczyna coraz wyraźniej ustępować rodzinie i zdrowiu. Od tej zasady wciąż nietrudno znaleźć wyjątki, ale generalnie praca zaczyna tracić na znaczeniu. A może Polacy po prostu zaczynają zdawać sobie sprawę z ceny, jaką płaci się za przesadne koncentrowanie się na karierze i wyścigu o lepszą pensję. Najlepiej ujęła to amerykańska aktorka Lily Tomlin. – Problemem w wyścigu szczurów jest to, że nawet jeżeli wygrasz, to ciągle jesteś szczurem – stwierdziła.

Polacy nie chcą już nimi być.

Papierowe rekordy

Statystyki potwierdzają, że wciąż należymy do najbardziej zapracowanych narodów na świecie. Najpopularniejsze wyliczenia corocznie przedstawia OECD. Z raportu tej organizacji wynika, że w 2016 r. Polacy przepracowali przeciętnie 1928 godzin (siódme miejsce w rankingu 39 państw). Pracujemy zatem wyraźnie dłużej niż nasi południowi sąsiedzi (Czesi – 1770, Słowacy – 1740) i znacząco dłużej niż mieszkańcy Zachodniej Europy (Brytyjczycy – 1676, Francuzi – 1472, Niemcy – 1363). Jednak nawet z tych danych wynika, że czas pracy w Polsce jest coraz krótszy – od rekordowego 2005 r. (1994 godz.) powoli, ale systematycznie się zmniejsza. Na dodatek to tylko statystki, czyli – parafrazując Benjamina Disraeliego – jedno z trzech rodzajów kłamstw.

Słabość zestawienia OECD polega na tym, że wykorzystuje się do niego dane pochodzące z poszczególnych krajów, a te stosują różne metody badawcze i definicje pracy lub czasu pracy (przestaje więc dziwić, że np. według raportu najbardziej zapracowanym narodem Europy są Grecy, którzy w 2016 r. przepracowali 2035 godz.). Wystarczy porównać te dane z innymi wyliczeniami, aby zauważyć ogromne różnice. Dla przykładu według statystyk Eurostatu w 2016 r. Polacy pracowali średnio 42,1 godz. tygodniowo. Skoro mieszkańcy Zachodniej Europy przepracowują rocznie znacznie mniej godzin (OECD), to powinni też mieć znacznie krótszy przeciętny tydzień pracy. Tymczasem z danych Eurostatu wynika, że Francuzi wykonują obowiązki zawodowe przez 40,5 godz., Niemcy – przez 41,3 godz., a Brytyjczycy – 42,8 godz. (czyli nawet dłużej niż Polacy, choć teoretycznie – według OECD – rocznie pracują o ponad 200 godz. mniej).

Podobnie jest z relacją czasu pracy do zamożności danego społeczeństwa. Według statystyk OECD najdłużej pracują narody najmniej zamożne (oczywiście spośród członków organizacji) – liderem są Meksyk (2255 godz.) i Kostaryka (2212 godz.), a w pierwszej siódemce – oprócz Polski – są jeszcze Korea Południowa, Grecja, Chile i Rosja (żadne z tych państw nie mieści się w "30" najzamożniejszych państw świata). Na przeciwległym biegunie są krezusi – Niemcy, Duńczycy i Norwegowie. Opierając się wyłącznie na tych danych, można zatem uznać, że narody uboższe gonią te bogatsze i dlatego pracują więcej. Ale statystyki Eurostatu dotyczące średniego tygodniowego czasu pracy tej zależności nie potwierdzają. Wynika z nich, że niezbyt zamożni Polacy należą do najbardziej zapracowanych Europejczyków, ale jeszcze dłużej od nas pracują nie tylko wspomniani Brytyjczycy, lecz także np. Austriacy i Szwajcarzy, czyli jedne z najbogatszych nacji na świecie.

W tym kontekście nie można zapominać też o innej, bardzo istotnej średniej. Z raportu Narodowego Banku Polskiego wynika, że w II kwartale 2017 r. średniotygodniowy czas pracy wynosił poniżej 40 godz., czyli najmniej w całej ostatniej dekadzie (spadek o 2,1 proc. w porównaniu z II kwartałem 2016 r.). Oczywiście na podstawie jednej statystyki nie można przewidywać, że liczba godzin pracy utrzyma się automatycznie na tak niskim poziomie (nie potwierdzają tego informacje GUS za III kwartał), ale spadek to już trwały trend. Dziesięć lat temu przeciętny tygodniowy czas pracy był o prawie dwie godziny dłuższy. Dodatkowo kurczy się on – i to w najszybszym tempie – w okresie, gdy zapotrzebowanie na pracowników jest największe. Stopa bezrobocia utrzymuje się na poziomie najniższym od transformacji ustrojowej (poniżej 7 proc.), a ponad połowa firm wskazuje, że jedną z głównych barier ich rozwoju są problemy ze znalezieniem pracowników i zapełnieniem wakatów. Dla porównania rok wcześniej takie trudności wskazywało tylko 36 proc. przedsiębiorców.

Teoretycznie w takim momencie nie najlepiej wynagradzani Polacy – w szczególności w porównaniu z krajami zachodnioeuropejskimi – powinni wykorzystywać okazję i zarabiać, np. pracując w nadgodzinach lub podejmując dodatkowe zatrudnienie w innych firmach. A jest odwrotnie – liczba nieobsadzonych stanowisk gwałtownie rośnie (w ciągu ostatnich dwóch lat o 82 tys., czyli o 1/5). Zmniejsza się też grono osób, które podejmują pracę w więcej niż jednej firmie (w ciągu ostatniego roku ubyło 18 tys. takich osób, czyli 2 proc.), a nawet tych, którzy poszukują nowego zatrudnienia (bo chcą zmienić pracę; w ciągu roku ubyło ich aż 50 tys., czyli 18 proc.).

Z danych NBP wynika jeszcze inna interesująca tendencja. Skraca się nie tylko rzeczywisty czas pracy, ale również ten preferowany przez zatrudnionych. W ciągu ostatnich dziesięciu lat zmniejszył się on z 40,8 godz. do 40,3 godz. Nadal nie jest więc niski (powyżej 40-godzinnej normy wynikającej z kodeksu pracy), lecz z danych tych wynika, że Polacy nie tylko pracują krócej, ale też chcą poświęcać na obowiązki zawodowe coraz mniej czasu.

Jakie są tego przyczyny?

Żeby było miło

Jednym z powodów jest na pewno ograniczanie aktywności zawodowej przez kobiety, które rezygnują z pracy, aby opiekować się dziećmi lub niesamodzielnymi członkami rodziny. Istotną rolę odegrał też napływ migrantów zarobkowych ze Wschodu, którzy przejęli przede wszystkim te zajęcia, których nie chcą wykonywać Polacy. Na dodatek niełatwo jest oszacować dokładny wpływ tego czynnika, bo część cudzoziemców pracuje w szarej strefie – tłumaczy prof. Elżbieta Kryńska, kierownik Zakładu Zatrudnienia i Rynku Pracy w Instytucie Pracy i Spraw Socjalnych na Uniwersytecie Łódzkim.

Podkreśla, że równie istotne znaczenie w ograniczeniu czasu pracy mają jednak także warunki jej wykonywania oraz rozwój technologiczny. – Ze statystyk wynika, że Polacy spędzają dużo czasu w miejscu pracy, ale nie są dobrze zorganizowani. A to oznacza, że muszą dłużej pracować, żeby osiągnąć efekty podobne do pracowników z państw o lepszym porządku. Istotne znaczenie dla wydajności mają też technologie stosowane w firmach – generalnie im bardziej są nowoczesne, tym mniej czasu zatrudnieni potrzebują na wykonywanie swoich zadań. Pod tym względem pozostawaliśmy w tyle za państwami zamożniejszymi, ale warunki w polskich firmach poprawiają się, co na pewno miało wpływ na obserwowane skrócenie czasu pracy – dodaje prof. Kryńska.

Wskazane czynniki wynikają z obecnej sytuacji na rynku pracy w Polsce. Ale dla zmniejszania liczby godzin pracy równie ważne są zjawiska odnotowywane w dłuższej perspektywie. W pewnym sensie to kolejny, nieuchronny etap naszej historii gospodarczej. – W latach 90., czyli w pierwszym okresie po transformacji, zaangażowanie i wysiłek związany z pracą były bardzo duże. Polacy przyzwyczajali się do wolności gospodarczej – nagle mogli brać sprawy w swoje ręce i fascynowali się nowymi możliwościami, jakie daje wolny rynek. Potem przyszła jednak refleksja. Nie wszystkie interesy się udawały, nie zawsze dobrze inwestowali swój majątek lub umiejętności, okazało się, że ta swoboda ekonomiczna ma swoją cenę. I doceniliśmy inne wartości, które decydują o jakości życia – wyjaśnia prof. Włodzimierz Piątkowski, kierownik Zakładu Socjologii Zdrowia, Medycyny i Rodziny lubelskiego Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej.

Potwierdzają to wyniki badań. CBOS cyklicznie pyta reprezentatywną grupę Polaków o to, co jest najważniejszą wartością w ich życiu (co stanowi jego sens). Według wyników z kwietnia 2017 r. najczęstszą odpowiedzią jest rodzina (wskazało ją 54 proc. respondentów), a kolejnym – zdrowie (38 proc.). Praca zajmuje na tej liście czwarte miejsce (9 proc.), a powiązane z nią pieniądze i zamożność – piąte (8 proc.). To wciąż wysokie pozycje, ale jeśli porównamy tegoroczne odpowiedzi z tymi udzielonymi 20 lat wcześniej, to okaże się, że praca jest wartością, która najbardziej traci na znaczeniu. W 1997 r. wskazało ją 19 proc. respondentów, co oznacza spadek aż o ponad połowę (pieniądze i zamożność – 13 proc., spadek o 38 proc.). Dla porównania w tym samym czasie przybyło wskazań dotyczących rodziny (o 1 pkt proc.) oraz zdrowia (o 7 pkt proc.). – Nastąpiły zmiany w mentalności. Rośnie znaczenie rodziny, kosztem kariery zawodowej. Dzieje się tak m.in. dzięki temu, że w ostatniej dekadzie rozwinęła się polityka prorodzinna – tłumaczy prof. Kryńska.

W tym czasie wprowadzono wiele udogodnień dla rodziców, w tym również te dotyczące zatrudnienia – urlop rodzicielski i ojcowski, roczną ochronę przed zwolnieniem w razie obniżenia czasu pracy po powrocie z płatnej opieki, możliwość łączenia urlopu z pracą na część etatu. Takie rozwiązania przyczyniają się do skracania przeciętnego czasu pracy. Równie istotne znaczenie ma bezpieczeństwo ekonomiczne rodzin. Program 500+ w znaczący sposób je poprawił, więc opiekun może już nieco zwolnić w życiu zawodowym (chociażby poprzez ograniczenie nadgodzin albo skrócenie wymiaru etatu, np. do połowy). – Praca i rodzina to naczynia połączone. Bardzo dobrze zobrazowały to prace nad ustawą w sprawie zakazu handlu w niedzielę. Jego wprowadzenie uzasadniano dbałością o to, aby zatrudnieni w placówkach handlowych mogli spędzać niedziele w gronie rodziny. To istotne uprawnienie, ale z drugiej strony ograniczyło to wolność wyboru pracowników, bo przecież niektórzy mogliby zarobić więcej dzięki świadczeniu obowiązków w dodatkowy dzień. Jednak większość zatrudnionych popiera ten zakaz – wskazuje prof. Piątkowski.

Istotny wpływ na zmniejszenie roli pracy w życiu Polaków może mieć też wymiana pokoleń. Na rynku pracy jest coraz więcej osób urodzonych w latach 90., a więc już w realiach wolnego rynku i globalizacji. Tzw. milenialsi korzystają z nowinek technologicznych, przykładają większą wagę do jakości życia, a mniejszą – do pracy. Często to dzieci tych osób, które brały udział w wyścigu szczurów z okresu po transformacji ustrojowej, a więc dokładnie znające skutki przesadnego skupiania się na karierze zawodowej. – Chcą, by ich życie było ciekawsze od tego, jakie wiedli ich rodzice. Chętniej godzą się na niestandardowe formy pracy, dążą do tego, aby nie ograniczała ona ich życia prywatnego – podkreśla prof. Kryńska. – To pokolenie chce pracować, ale na własnych warunkach. Młodzi nie chcą podporządkowywać się korporacyjnym rygorom pracy, bo wiedzą, że wiąże się to z ich uprzedmiotowieniem. Są wyzwaniem dla pracodawców, którzy przyzwyczaili się w ostatnim ćwierćwieczu do tego, że to oni dyktują warunki zatrudnienia. Teraz się to zmienia, bo ze względu na brak rąk do pracy to pracownicy mają coraz więcej do powiedzenia – dodaje prof. Piątkowski.

Nie można też pomijać jeszcze jednego, bardzo ważnego elementu, który przyczynia się do zmiany znaczenia pracy w życiu Polaków. Chodzi o zarobki. W ciągu ostatnich 20 lat przeciętne wynagrodzenie wzrosło 4-krotnie. Oczywiście w tym czasie rosły też koszty życia i utrzymania, ale bez wątpienia jesteśmy dziś zamożniejszym społeczeństwem niż jeszcze kilkanaście lat temu (w ostatniej dekadzie bardzo szybko rosła też płaca minimalna). Dodatkowo w ostatnich latach, głównie za sprawą programu 500+, zwiększyły się transfery pozapłacowe. Tym samym praca – i to często w bardzo wysokim wymiarze – dla wielu osób przestała być przymusem.

Biznes i medycyna

Od tego ogólnego trendu obowiązują jednak wyjątki. Najlepszym przykładem są lekarze i pielęgniarki. Państwowa Inspekcja Pracy co roku donosi o przypadkach wykonywania obowiązków w szpitalach przez kilka dni bez przerwy (ponad 400 godzin w miesiącu). Czasem kończą się one tragicznie, tak jak w przypadku 28-letniej lekarki, która w sierpniu tego roku zmarła w trakcie dyżuru w przychodni w Niepołomicach, lub 44-letniej anestezjolog z Białogardu, która w sierpniu ubiegłego roku zmarła w czwartym dniu pełnienia dyżuru. W przypadku pracowników medycznych ponadwymiarowe wykonywanie obowiązków to jednak często problem systemowy – specjaliści pracują dłużej, bo jest ich za mało. Jeśli odmówiliby pełnienia dyżurów, wiele placówek nie mogłoby zapewnić całodobowej opieki. Dzięki temu mogą też znacznie więcej zarobić, co także motywuje ich do podjęcia dodatkowego wysiłku. W rezultacie wszyscy tolerują ich pracę ponad siły, choć jasne jest, że zagraża ona zdrowiu i życiu samych lekarzy oraz pacjentów.

Kolejną grupą, która poświęca dużo czasu na obowiązki zawodowe, są pracodawcy. Z danych GUS wynika, że w 2016 r. przeciętnie w trakcie każdego tygodnia wykonywali obowiązki o prawie pięć godzin dłużej niż pracownicy najemni. Wynika to oczywiście z samego charakteru ich działalności – to oni ponoszą ryzyko związane z powodzeniem własnego biznesu i muszą zadbać o jego sukces. Dodatkowo nie są przecież pracownikami, a więc ich czas pracy nie jest limitowany przepisami. – Podobnie jest np. z samozatrudnionymi. Jeśli danego dnia nie będzie pracował, zarobi mniej. A pieniądz jest najlepszym bodźcem do wydłużania czasu wykonywania obowiązków zawodowych – tłumaczy prof. Kryńska.

Takie przykłady to jednak raczej wyjątki potwierdzające regułę. Najlepszym dowodem jest to, że lekarze (ostatnio rezydenci) od lat domagają się zmiany systemu ich pracy i wynagradzania, która umożliwiłaby im skrócenie dniówek. Oni też wiedzą, że więcej nie zawsze znaczy lepiej.