Jeśli nas rozłączy, to proszę nie pomyśleć, że to złośliwość.

???
Telefon może mi się rozładować, a nie mamy prądu, bo właśnie przeszła tropikalna burza.

A często przechodzi?
Taki sezon. Najtrudniej jest w Queensland, czyli właśnie w tym stanie, w którym mieszkamy. Bo to typowe tropiki i kiedy zmienia się sezon – właśnie kończy się zima, a przychodzi lato – to duże wahania temperatur są normą. A wtedy burzę mamy jak w banku. Ale to jest chwila. Oberwanie chmury, a po 10 minutach nie ma po niej śladu.

Chyba, że jest problem z dostępem do prądu, z tego co słyszę.
Z prądem to jest tak, że czasami wraca po kilku minutach, a czasem trwa to trochę dłużej. To spore utrudnienia - praca, telefony, komputery, ale w Australii wszyscy żyją na luzaka i nikt nie robi z tego problemu. Idzie się wtedy do domu, umawia na lunch, plotkuje w pracy... Nikt się nie awanturuje, tym bardziej że jest już godzina 17.30.

W Polsce to dopiero 9.30, czyli początek dnia. Jak w ogóle w Australii wygląda organizacja pracy?
Różnie, bo obowiązuje podział na dwie strefy, dwa różne światy: osób pracujących na zewnątrz i w środku. Ci, którzy pracują na powietrzu, szczególnie w części najbardziej tropikalnej, ale także w Melbourne czy Sydney, zaczynają, kiedy jest jeszcze ciemno, czyli około godz. 4-5. Do południa, kiedy słońce zacznie palić na dobre, swoje godziny będą mieć już wyrobione.
Pracownicy biur startują później i najczęściej pracują dużo dłużej, bo normą jest godzinna przerwa na lunch. To czas, kiedy wychodzi się coś zjeść, pobiegać, zrobić zakupy… I koniec końców idzie się do domu koło godz. 17-18, chociaż my – jako agencja migracyjna – pracujemy jeszcze inaczej.

Inaczej – to znaczy jak?
Niemal jak cyfrowi nomadzi, którzy prowadzą firmę z laptopem na kolonach - na jachcie, w górach, na wyspie (śmiech). W praktyce wygląda to tak, że mamy swoje biuro główne i dodatkowo wynajmujemy jeszcze pomieszczenia w trzech różnych lokalizacjach. Nie siedzimy codziennie w jednym i tym samym miejscu, tylko tam, gdzie klient nas najbardziej potrzebuje. To w Australii standard.
Po drugie, pracujemy praktycznie cały czas – od świtu do nocy, bo rozmawiamy z wieloma międzynarodowymi firmami.

A mimo to i tak dużo osób narzeka, że w Australii trudno jest cokolwiek załatwić.
I mają rację. Nie jesteśmy tak zagonieni jak w innych krajach, więc wszystko idzie wolniej. Poza tym swoje robi różnica czasu. Przecież jeśli wysyłam pytanie do firmy, z którą współpracuję w Polsce czy np. Anglii, to na wiadomość zwrotną siłą rzeczy odpiszę dopiero na drugi czy trzeci dzień.
Typowe jest też załatwianie czego się da online, także w urzędzie imigracji Australii, uchodzącym za jeden z najbardziej rygorystycznych.
90 proc. wiz z całego świata – bo współpracujemy nie tylko z Polakami – składa się w wersji elektronicznej. Jest tylko kilka przypadków, w których robi się tzw. hard copies. To m.in. wiza dla dziecka (rodzic już jest rezydentem lub obywatelem Australii; ten rodzaj wizy jest też używany najczęściej dla dzieci, których rodzice się rozwiedli).

Załóżmy w takim razie, że zgłasza się do Pani Polak, który marzy o pracy w Australii. Jakie dokumenty powinien mieć, na co się przygotować?
W pierwszej kolejności musi sprawdzić, czy w ogóle kwalifikuje się na wizę. To jest najważniejsze. Bo nawet jeśli ktoś ma tu znajomego albo pracuje w firmie, która ma oddział w Australii i chciałby się tu przenieść, to i tak może się to okazać niemożliwe.

Ale właściwie dlaczego?
Bo nie wykonuje zawodu z listy zawodów poszukiwanych, na której oparty jest tu cały system wizowy. Jak to działa? Urząd imigracji ściśle współpracuje z pracodawcami i rok w rok – czasami nawet częściej – aktualizuje te zestawienia. Stwierdza, jakich specjalistów będzie teraz potrzeba najbardziej, a co za tym idzie kto może starać się o wizę.

I kto może?
O ile dwa lata temu byli to np. geolodzy, bo mocno się rozwijał sektor wydobywczy, o tyle teraz największe jest parcie na mechaników, podobnie jak np. inżynierów.
Ale tu ważna uwaga: w Australii wykształcenie oczywiście jest ważne, ale najważniejsze są doświadczenia zawodowe. Mówiąc o inżynierze, mam na myśli osobę, która pracowała w zawodzie, a nie tylko ukończyła szkołę o takim a nie innym profilu.

Są w takim razie zawody, których wykonawcy nie mają w Australii czego szukać?
Nie, ale to też kwestia podejścia agencji migracyjnej i takiego przygotowania dokumentów, by dana osoba mogła tu jednak przylecieć, nawet jeśli jest to kierowca tira. Nie, nie ma go na liście i nigdy nie będzie – to zawód, który obsadzają tylko Australijczycy, bo przyjmuje się, że mają lepsze umiejętności i większe doświadczenie.
Takiego kierowcę prosimy albo o przekwalifikowanie się na mechanika lub np. blacharza, albo - jeśli nie ma takiej możliwości - pytamy o partnera. Być możne ma żonę pielęgniarkę, nauczycielkę, krawcową… Jest cała masa zawodów, które może wykonywać partner, a my na tej podstawie możemy ściągnąć całą rodzinę.

Kwalifikacja na wizę to dopiero pierwszy z warunków. A inne?
W agencji często się śmiejemy, że zawsze wypatrzymy furtkę do ubiegania się o wizę. Jedyne, czego nie jesteśmy w stanie przeskoczyć, to znajomość języka angielskiego – potwierdzona certyfikatami, i wiek – do 45. roku życia, choć kiedyś było to 50-55 lat. Do tego roku – a prowadzimy agencję od pięciu lat – nie było w tym zakresie aż tak dużych zmian.

Z czego wynikają zmiany zasad?
Urząd imigracji nie podaje powodów, a nam jako agencji migracyjnej nie wypada tego komentować. Ale moja prywatna opinia jest taka, że to efekt zmian zarówno tu na miejscu, jak i na świecie.
Australia to kraj, który bardzo szybko się rozwija, jest supernowoczesny i stale potrzebuje młodych ludzi, dlatego też stara się tworzyć im bezpieczne środowisko, bez wojen czy np. terroryzmu. Szuka więc osób, które są otwarte, lubią swoją pracę, nie są agresywne, potrafią się asymilować i mówić po angielsku, nawet jeśli nie jest to perfekcyjna znajomość języka.

Ograniczenie wiekowe jest nie w porządku, mogliby w tym miejscu powiedzieć niektórzy.
I czasami faktycznie urząd imigracji słyszy, że zamyka się na świat, stosuje dyskryminację wiekową… Ja tłumaczę to sobie tym, że Australię tworzą także – a może przede wszystkim – ludzie.

I to dlatego ubiegając się o pracę w Australii trzeba być też zdrowym?
Konkretnie nie można mieć choroby przewlekłej, która mogłaby uniemożliwiać podjęcie pracy. Wychodzi się tu z założenia, że wizę stałego pobytu dostaje się na podstawie kwalifikacji zawodowej, bo najważniejszy jest wkład w dalszy rozwój kraju.
Poza tym nie można być karanym, czyli trzeba mieć tzw. dobry charakter. Zaświadczenie o niekaralności, podobnie jak świadectwo zdrowia, to podstawa! Tak było tu zawsze.

W Australii jest już Pani 11 lat. Jak się tam Pani znalazła?
Razem z mężem – w rok po ślubie – bardzo chcieliśmy wyjechać do Nowej Zelandii. Dużo wcześniej podróżowaliśmy, głównie po Europie, i zachciało się nam pojechać gdzieś dalej. "Władca pierścieni" też nie był tu bez znaczenia. Z tym że w Polsce w tamtych czasach – w 2005-6 roku – trzymiesięczny urlop był nie do pomyślenia. Wiedzieliśmy, że jak o to poprosimy, to stracimy prace.
Tak na marginesie, w Australii popularne jest, że studenci biorą gap year, a pracownicy wracają na kilka miesięcy do swojego kraju, bo akurat zatęsknili za rodziną. To jest do dogadania z pracodawcą, choć nie twierdzę, że zawsze jest to łatwe.
Kiedy myśleliśmy o tym jeszcze w Polsce, wszyscy się z nas śmiali. Co im jeszcze przyjdzie do głowy? I co jeszcze wymyślą? W międzyczasie udało mi się skontaktować – a nie były to jeszcze czasy FB i YT – z kimś, kto już mieszkał w Nowej Zelandii. Na podstawie tej jednej rozmowy zdecydowaliśmy: lecimy do… Australii.

Co Pani wtedy takiego usłyszała?!
Że ekonomia i warunki są w Nowej Zelandii dużo słabsze. Może i jest to kraj piękny, naturalny, ale żyje się tam trudno. Nie ma pracy, więc i emigrantom trudniej będzie wystartować. A i ludzi mało, bo owiec więcej niż mieszkańców (śmiech).
Australia za to już wtedy przepięknie się rozwijała. Turystów było dużo, dużo też rzeczy się działo. Poza tym, jak zapewniał mnie rozmówca, z obywatelstwem australijskim dużo łatwiej można się przenieść do Nowej Zelandii. Oczywiście jeśli nadal będziemy ją tak kochać.
Do Australii przeprowadziliśmy się w 2006 roku. Kochamy Nową Zelandię, ale zostaniemy tutaj!

Początkowo była mowa tylko o trzy miesiącach urlopu…
Tak, ale ostatecznie postawiliśmy wszystko na jedna kartę – urlopu nikt nam nie chciał dać. Złożyliśmy więc wypowiedzenia, znaleźliśmy agencję migracyjną – w międzyczasie sprzedaliśmy wszystko i spakowaliśmy się w dwie walizki. Złożyliśmy dokumenty na podstawie zawodu męża – inżynier telekomunikacji (cały czas jest na liście). A że mąż mówił dość dobrze po angielsku, przeszliśmy pomyślnie cały proces.
Po przylocie mąż bardzo szybko zaczepił się w telekomunikacji. Podobnie ja, choć z początku w ogóle nie mówiłam po angielsku. Potem urodziła się nam córka. Koniec końców otworzyliśmy agencję migracyjną.

Z tego, co Pani mówi, to w Australii łatwo jest zrobić karierę.
Pewnie, że tak. Jeśli tylko się chce!

A zarobki są wysokie?
Tak, ale pod tym względem jest inaczej niż w Polsce. Trzeba się przyzwyczaić, że jak się idzie na rozmowę o pracę, to potencjalny szef mówi, ile się dostaje za godzinę – minimalna stawka dla pierwszych emigrantów to ok. 17 dolarów, a dla tych zasiedziałych – 25-35 dolarów. Jeśli z kolei ma się już stały pobyt lub wizę pracowniczą, to dostaje się ofertę rocznej pensji. Najczęściej 55 tys. dolarów – to już jest dobra kwota, bo np. student może liczyć na 40 tys. rocznie.
Przyjmuje się, że powyżej 40 tys. dolarów jest ok; około 50 tys. dolarów – dobrze, powyżej 60 tys. dolarów – bardzo dobrze., a około 100 tys. dolarów – super. Nawet po odliczeniu podatku – 9,6 proc. do kwoty 37 tys. dolarów (czy np. 22,8 proc. do kwoty – 87 tys. dolarów.) Jeśli ktoś zarabia nie więcej niż 18,2 tys. dolarów, to w ogóle ich nie płaci.
Często osoby bez wyższego wykształcenia, które mają fachu w ręku – elektrycy, hydraulicy, mechanicy – mogą liczyć nawet na 75-80 tys. dolarów. Pod warunkiem, że mają już własną działalność.

Dobrze rozumiem, że nauczyciel dostaje 60 tys. dolarów, a hydraulik – 70 tys.?!
Zgadza się. Mało tego, o ile nad Wisłą "pracownik fizyczny" lub "osoba po zawodówce" ma bardzo negatywny wydźwięk, o tyle w Australii tego nie ma. Do tego stopnia, że ci, którzy pracują fizycznie, w roboczych ciuchach wpadają do sklepu, kupią bułki na lunch, rozmawiają z uśmiechem w pociągach. W ogóle się nie przebierają i nikt się temu nie dziwi.

Takich różnic w porównaniu z Polską jest zresztą więcej – w Australii pracuje się przecież tylko 38 godzin w tygodniu.
W firmie dbającej o zespół w piątek pracuje się tylko do lunchu. Szef wierzy, że jesteśmy już tak wykończeni całym tygodniem, a jeszcze w sobotę pierzemy, sprzątamy i gotujemy, że nie zdążymy należycie odpocząć do poniedziałku. Więc na porządku dziennym jest urywanie się z pracy, robienie zakupów, umawianie się barach…

A urlop – ile jest dni wolnych w roku?
21 dni, czyli podobnie. Ale w Australii przysługuje nam też chorobowe. Średnio osiem dni w roku. Bo czegoś takiego jak ZUS nie ma, niemożliwa jest więc sytuacja, kiedy ktoś zachoruje i nie przychodzi do pracy przez trzy miesiące, a i tak dostaje pieniądze. Dlatego wykupuje się ubezpieczenie, które gwarantuje nam fundusze w razie choroby (z reguły około 60 dolarów na tydzień).
Podobnie – jeśli kobieta jest w ciąży, to pracuje do porodu, o ile tylko dobrze się czuje. Potem bardzo szybko – bo zaledwie po kilku tygodniach – wraca do pracy. Tyle że w Australii wszyscy są bardzo dobrze zorganizowani, a do żłobka można oddać już trzymiesięczne dziecko. Placówki są dobrze zorganizowane i choć prywatne, to nadzorowane i refundowane przez państwo. Z tego tytułu mamy też prawo do zwrotu części pieniędzy. Co rok albo co miesiąc – jak komu wygodnie.

Skoro nie ma ZUS, to jak odkłada się na emeryturę?
Tym zajmuje się pracodawca, który wpłaca pieniądze na wybrane konto emerytalne. Dlatego do wysokości pensji dopisuje zawsze "plus supa annuation", czyli plus emerytura. Wynosi ona co najmniej 9,5 proc.

Czyli średnio to około…
Nie ma czegoś takiego! Ludzie do Australii przylatują w różnym wieku i z różnym doświadczeniem. Poza tym emerytury się tu kumulują. Ktoś może mieć na koncie 50 tys., 70 tys., a ktoś inny 230 tys. dolarów, kiedy przestanie już pracować. Podobnie jak w Polsce, na emeryturę w Australii przechodzi się w wieku 60-65 lat.

Jak te kwoty mają się do poziomu cen, kosztów życia i wynajmu mieszkania?
Standard życia w Australii jest uznawany za jeden z wyższych. I tak faktycznie jest. Najdroższą rzeczą w zestawieniu z innymi krajami – i tu bym narzekała – są ceny nieruchomości. Bo mieszkanie lub mały dom na obrzeżach miasta można kupić od 300 tys. dolarów w górę. Ale jeśli ktoś ma w pracy stałą umowę, to może wziąć mieszkanie na kredyt. Jeśli pracują dwie osoby – spokojnie kupią dom.
Na podwórkach zawsze stoją dwa samochody, minimum. Najczęściej jest tak, że każda pełnoletnia osoba ma swoje auto. Jeśli ma się 2-3 dzieci, to na podjeździe stoi pięć samochodów. Każdy jeździ swoim.

Wakacje?
Raz w roku ma je każdy. Za pieniądze, które się zarabia w Australii, naprawdę żyje się dobrze. Kiedy tu przyjechałam, wydawało mi się, że już do Polski nie wrócę, że nie będzie mnie stać, żeby przylecieć chociaż na chwilę. Teraz już tak nie myślę. Ale z Australii na razie się nie ruszam!