W IV kwartale zeszłego roku wśród osób pracujących w Polsce blisko 13 mln było zatrudnionych na umowy o pracę. To najwięcej w tym okresie od co najmniej 2000 r., od kiedy są dostępne takie dane – wynika z badań aktywności ekonomicznej ludności prowadzonych przez GUS.

W porównaniu z rokiem poprzednim liczba zatrudnionych wzrosła o 109 tys. Głównie dlatego, że gospodarka rozwija się w dość szybkim tempie, co zwiększa popyt na pracę. W I kwartale ub.r. PKB wzrósł o 3 proc., w drugim o 3,1 proc., w trzecim o 2,5 proc., a w czwartym o 2,7 proc. To sprawiło, że przy rosnącym zatrudnieniu spadało również bezrobocie. Uwzględniając szarą strefę gospodarki, liczba osób bez zajęcia skurczyła się w ciągu roku o 253 tys., do rekordowo niskiego poziomu zaledwie 957 tys. Także stopa bezrobocia spadła do nienotowanego wcześniej poziomu – do 5,5 proc., ponieważ bezrobocie kurczy się w naszym kraju przy nawet 2,5-proc. tempie wzrostu gospodarczego.

Przy tak małej liczbie osób bez zajęcia pracodawcy mają coraz większe problemy ze znalezieniem kandydatów do pracy. Dlatego część z nich przekształcała pracownikom umowy na czas określony na stałe umowy o pracę, aby ich nie stracić. W rezultacie liczba umów terminowych była w IV kwartale ub.r. o 3,2 proc. (o 114 tys.) mniejsza niż przed rokiem.

– Nastąpiło przyspieszenie w spadku liczby umów terminowych. W ostatnich trzech miesiącach 2015 r. ich liczba skurczyła się w skali roku o 1,9 proc. – twierdzi Urszula Kryńska, ekonomistka Banku Millenium.

Jej zdaniem to efekt także tego, że po zmianach prawa zatrudnianie pracowników na czas określony jest dla pracodawców mniej opłacalne. Zgodnie z przepisami, które weszły w życie 22 lutego ub.r., umowy na czas określony mogą być zawierane maksymalnie na 33 miesiące. Po tym okresie ulegają automatycznemu przekształceniu w te na czas nieokreślony. Ponadto w takiej formie pracodawca może zatrudniać pracownika tylko trzy razy – niezależnie od tego, czy pomiędzy kontraktami były przerwy. Wcześniej częstą praktyką było zawieranie umów terminowych nawet na 7 czy 10 lat.

Zmieniły się również zasady rozwiązywania umów na czas określony. Okres ich wypowiedzenia jest już taki sam jak umów o pracę na czas nieokreślony – 2 tygodnie, jeżeli pracownik był zatrudniony krócej niż 6 miesięcy, miesiąc, gdy był zatrudniony co najmniej pół roku, i 3 miesiące, gdy pracownik był zatrudniony co najmniej 3 lata. Natomiast według starych przepisów umowę na czas określony można było wypowiedzieć wtedy, gdy zawarta była na więcej niż pół roku, a w jej treści uwzględniono odpowiednie zapisy. Wówczas okres wypowiedzenia wynosił 2 tygodnie, niezależnie od okresu zatrudnienia. Oznaczało to, że zarówno pracownik z siedmiomiesięcznym stażem, jak i ten z dziesięcioletnim mógł być zwolniony w ciągu dwóch tygodni.

Umowy terminowe nie są powszechnie lubiane z różnych powodów – między innymi dlatego, że trudno przy nich o np. kredyt mieszkaniowy, awans, podwyżkę pensji czy dłuższe szkolenie podnoszące kwalifikacje. Z ostatnich badań Eurostatu wynika, że w 2015 r. aż 65 proc. Polaków podpisało umowy na czas określony tylko dlatego, że nie mogło znaleźć stałej pracy. Jeszcze większy odsetek niezadowolonych z takich umów jest w innych krajach Wspólnoty. Bo są one niechciane wśród 70–90 proc. pracowników Belgii, Czech, Grecji, Hiszpanii, Portugalii, Rumunii, Finlandii, Włoch.

– Można się spodziewać, że również w tym roku będzie się kurczyć liczba umów na czas określony, ponieważ przy spadającym bezrobociu pracodawcy będą bardziej skłonni spełniać oczekiwania pracowników, którzy preferują stabilniejsze kontrakty – twierdzi Kryńska. Pozostaniemy jednak wciąż rekordzistą na tle krajów UE, gdyż u nas aż prawie 27 proc. pracowników najemnych ma dziś terminowe umowy o pracę, a we Wspólnocie jest to średnio 14,5 proc.

Ubiegły rok to również duży ruch pracowniczy cudzoziemców, głównie Ukraińców. Pracodawcy złożyli dla nich aż ponad 1,3 mln ofert zatrudnienia (o 68 proc. więcej niż w roku poprzednim).