Przyjeżdżają nad Wisłę, aby polepszyć życie swoje i swoich dzieci. Jedni zarabiają i wracają, budują domy w rodzinnych miasteczkach, zakładają firmy. Inni wiją gniazda w Polsce. Część rusza dalej, na Zachód. Ale spośród miliona (albo 800 tys., jak podają inne źródła) obywateli Ukrainy, którzy zatrzymali się w naszym kraju, są też tacy, którzy stali się ofiarami grup przestępczych. Albo nieuczciwych przedsiębiorców.

Ilu ich jest? Nie mam pojęcia. To ciemna liczba. Podobnie jak ciężka jest zasłona milczenia, które ukrywa ten problem. Bo, jak by nie patrzeć, wstyd. Nam, że niektórzy z rodaków to zwyczajna, pardon, swołocz. Im, że wyszli na durni, że zamiast pieniędzy nażarli się upokorzenia, zamiast do restauracji trafili do burdelu albo sortowni śmieci.

Galinie jest wstyd

Czarnowłosa, czarnobrewa, mlecznolica. Galina – tak ją nazwijmy, choć faktycznie ma na imię inaczej – ze swoim kompletem perłowych zębów, wydatnym biustem i nieposkromioną energią mogłaby robić za modelkę do portretu przedstawiającego archetyp młodej Ukrainki. Nie, to nie jest ciemna dziewucha z głębokiej prowincji tylko światła, dobrze wykształcona młoda kobieta, wykonuje wolny zawód, w swoim środowisku zawodowym na Ukrainie cieszy się prestiżem. Matka samotnie wychowująca pięcioro dzieci. Ich ojciec pił, więc go przepędziła. Kiedy opowiadała mi swoją historię, raz po raz czerwieniała ze wstydu: że taka głupia i naiwna, powinna się wykazać większą bystrością. O wyjeździe za pracą do Polski myślała od dawna, trudno jej było utrzymać swoją czeredkę, zwłaszcza że syn ma wadę serca – wiadomo, choroba kosztuje. A tam u niej w państwowych szpitalach trzeba zupełnie prywatnie, najlepiej w dolarach lub euro, płacić za wszystko. Zaczęła się rozglądać, wertować ogłoszenia. Odpowiadać na anonsy w internecie. Nawiązała kontakt z pośrednikiem, wielu ich działa nad Dnieprem. Jurij wydał się jej kompetentny i profesjonalny. – Był świetnym psychologiem – uważa. Zaproponował jej pracę w agencji zajmującej się polsko-ukraińską współpracą gospodarczą i kulturalną. Miała tam, jako samodzielny specjalista, zajmować się pisaniem (po polsku i ukraińsku) tekstów na stronę internetową. I prowadzić korespondencję. Pensja 4 tys. zł. Rozmawiała przez telefon ze swoim przyszłym pracodawcą – potwierdził wszystko. Zamknęła sprawy zawodowe na Ukrainie, wywiozła dzieci do mamy, wsiadła w pociąg. Przyjechała do Warszawy dzień wcześniej, bo miała się gdzie zatrzymać, dzwoni pod wskazany numer: jestem. To, co powinno ją zaalarmować, to fakt, że polski pracodawca chciał, aby spotkała się z nim na stacji benzynowej przy trasie łódzkiej. Odmówiła: proszę podać mi adres firmy, dojadę. Usłyszała, że trudno tam trafić, że sam ją zawiezie. A konkretnie pośle po nią samochód z kierowcą. – Podczas jazdy miałam wrażenie, że kluczymy, że kilkakrotnie przejeżdżamy przez te same punkty – wspomina. Już się ściemniało, kiedy auto podjechało pod budynki stojące niemal w lesie, prowadziła do nich bita droga wśród drzew. Wysoki parkan, z zewnątrz nie widać, co się dzieje w środku. Okazało się, że to zakład piekarsko-cukierniczy. Załoga to wyłącznie Ukrainki, w różnym wieku, ale – jak się potem dowiedziała – łączyło je to, że same utrzymują swoje dzieci i są bardzo zmotywowane, by nie rzec – zdesperowane. Dwadzieścia parę kobiet, wszystkie zakwaterowano w hali pozastawianej piętrowymi łóżkami. Praca od rana do nocy, z krótką przerwą na sen. Obsługa maszyn, sprzątanie, pakowanie towaru... – Uratowało mnie to, że nie miałam przy sobie dokumentów, zostawiłam u przyjaciół w Warszawie, więc nie mieli mi czego odebrać – opowiada Galina. Na dzień dobry Polka, która przedstawiła się jako właścicielka tego interesu, poinformowała ją, że przez pierwszy miesiąc będzie pracowała na to, żeby odrobić koszty, jakie ta niby poniosła, sprowadzając ją do Polski. Przez drugi miała odpracowywać koszty zakwaterowania. Przez trzeci – wyżywienia. – Spytałam ją, kiedy zacznę zarabiać dla siebie, wtedy zaczęła na mnie krzyczeć, a ochroniarz, który towarzyszył tej rozmowie, zdzielił mnie pałką przez plecy – wspomina.

Próbowała zrobić bunt na pokładzie, namówić swoje koleżanki niedoli, żeby się postawiły, powiedziały, że nie będą pracować w takich warunkach i na takich zasadach. Przecież tego jednego ochroniarza, który ich pilnował, rozerwałyby na strzępy. Ale one były zastraszone, nie chciały z nią rozmawiać. – Ciiii – przykładały palec do warg. – Nie trzeba tak mówić, popracujemy, zarobimy, lepiej się nie narażać.

Galina zwiała stamtąd po 10 dniach. Wywiózł ją kierowca, który odbierał towar. Nie miał pojęcia, co się tam dzieje, ona go nie wtajemniczała, przekonała, że musi jechać na pogrzeb babci. Była zaryczana, więc uwierzył. Nie, nie jest w stanie wskazać miejsca, gdzie ten obóz pracy się znajdował. Nie było tam żadnych tablic z nazwą zakładu, a ona wyjeżdżając stamtąd, trzymała głowę niemal na podłodze, pod pretekstem szukania telefonu, który jej wypadł – żeby ochroniarz jej nie zauważył. Była szczęśliwa, że się stamtąd wyrwała. Nie złożyła oficjalnego zawiadomienia na policji. Boi się. Nie tyle o siebie, ile o dzieci, które zostały na Ukrainie. Bo teraz wie, że to mafia tym kręci. Rozmawiała nieoficjalnie z policjantem, opowiedziała mu o swoich perypetiach. Ja także rozmawiałam z owym oficerem – kilka miesięcy temu, kiedy namówiłam Galinę, żeby mu zaufała. I kilka dni temu, kiedy siadałam do napisania tego tekstu. Powiedział, że nie udało się odnaleźć tego zakładu. Że namawiał Galinę, aby pojechała z nim w teren, złożyła oficjalne zeznania, ale się nie zgodziła. Jak nie ma zgłoszenia, nie ma sprawy. On już się nie zajmuje tą działką. Nic więcej mi nie powie.