Co Pani robiła w nocy między 12 grudnia a 2 lutego? Takie pytanie padło w redakcji, kiedy powiedziałam, że z Panią porozmawiam.
Hmm... Większość czasu spędziłam w domu, chowając się przed wichurami i śnieżycami, tym bardziej, że wyjście na zewnątrz wiązało się z długim i męczącym odgarnianiem śniegu. Starałam się jednak docierać do pracy na czas – przejście po oblodzonych ulicach podczas sztormu jest wielkim wyzwaniem, ale na szczęście są kolce na buty, a w centrum miasta podgrzewane chodniki. Czasem przy lepszej pogodzie urządzaliśmy sobie wypady za miasto – jazda samochodem wymaga tu dużych umiejętności, często zasypanej śniegiem drogi w ogóle nie widać. Wtedy jedzie się "na tyczki", czyli odblaskowe słupki gęsto powbijane po obydwu stronach drogi. Nierzadko takie wyprawy kończyły się długim postojem, bo burza śnieżna potrafi w 10 minut uczynić drogę całkowicie nieprzejezdną, często też zasypują ją lawiny. Wtedy pozostaje już tylko czekać na plug, który wydrąży tunel w śniegu...

Mieszka Pani pod kołem podbiegunowym już blisko 4 lata, jak Pani się tam w ogóle odnajduje?
To wielka przygoda i wyzwanie – pochodzę z jednego z największych miast w Polsce, bo z Łodzi, a wylądowałam na tym "końcu świata". Hammerfest ma około 10 tysięcy mieszkańców, bogatą historię i długo było najbardziej wysuniętym na północ miastem w Europie. Niewiele osób wie, że sam region Finnmark leży na tym samym równoleżniku co Alaska, Grenlandia czy Syberia. I choć brzmi to dosyć ekstremalnie, to w rzeczywistości toczy się tu normalne życie małego europejskiego miasteczka.

Powiedzmy sobie: dość samotnego europejskiego miasteczka.
Ta samotność to dla mnie jedno z największych wyzwań. Na szczęście szybko nauczyłam się języka, znalazłam pracę, kilku przyjaciół. Mam też trzyletnią córkę, która chodzi do przedszkola.

I czuje Pani, że już przynależy do tej społeczności?
Nie – na to potrzeba dużo więcej czasu. Jak na razie, utrzymuję stały kontakt z rodziną i znajomymi przez Skype'a. A wyprawa do Polski to prawdziwe święto dla mnie i mojej córki. Cały czas bardzo brakuje mi rodziny i przyjaciół, podobnie polskiej natury – tu prawie nie ma drzew, a jeżeli już to tylko karłowate brzozy. Tutejszy krajobraz to głównie skaliste góry porośnięte mchem i drobnymi roślinami. Przez prawie cały rok na szczytach leży śnieg, a to wszystko sprawia, że krajobraz jest monumentalny. Kiedy wejdzie się na wyższe wzgórze, to widać niekończącą się kamienną pustynię.

Za czymś jeszcze Pani tęskni?
Za świeżymi warzywami, owocami i ziołami. Wszystko jest oczywiście dostępne w sklepie, ale bardzo dużo kosztuje, jest szczelnie zafoliowane i bez smaku. To akurat dla mnie wyjątkowo bolesne, bo jestem wegetarianką i jednak to warzywa są podstawą mojej diety. Wśród mięsożerców bardzo popularne są tu za to owoce morza i ryby, choć jada się też mięso renifera.
A tak poza tym to brakuje mi słońca i ciepła. Latem bywa tu nie więcej niż 25 stopni C (choć i to zdarza się bardzo rzadko, zwykle jest około 10-15 stopni C), a zimą -20 stopni C. No i oczywiście noc polarna.

Jakie ma Pani na nią sposoby? W niektórych rejonach trwa ona blisko pół roku.
U nas to około dwóch miesięcy, a zupełnie ciemno jest grudniu i styczniu, czyli np. w święta Bożego Narodzenia. Dla mnie to przede wszystkim czas przygotowań, lampek i całej tej świątecznej przytulności: świeczki, kominek, gorąca herbata, książka... Poza tym zima jest tu bardzo malownicza – mieszkamy w drewnianych domach na dużej wyspie; jedynie w centrum zabudowa jest bardziej nowoczesna – otoczeni majestatycznym opustoszałym krajobrazem – wokół tylko morze i góry. Spada mnóstwo śniegu, tak że z czasem hałdy osiągają wysokość sąsiadujących z nimi domów. Poza tym prawie codziennie pokazuje się zorza polarna… To są magiczne widoki.
(po chwili)
Ale już tak po Nowym Roku zaczyna się trochę ta noc dłużyć, wszyscy wyczekują choćby odrobiny światła. Bo nie wraca ono tak szybko – na początku jest to godzina szarości, która z kolejnymi tygodniami stopniowo się wydłuża. Nie bez znaczenia jest też to, że brak słońca pogarsza nastrój, łatwiej o stany depresyjne, a i częściej odczuwa się zmęczenie i senność.

Jak się z tym walczy? Są choćby kawiarenki, gdzie w rzęsiście oświetlonym pokoju można wypić sok owocowy?
Oferta kulturalno-gastronomiczna w naszym mieście jest dość skromna. Na poprawę nastroju pije się tu raczej alkohol, a nie sok… Ci, których na to stać, wyjeżdżają na egzotyczne wakacje w środku zimy. Inni chodzą do solarium lub doświetlają się w domu lampami emitującymi światło o podobnej barwie do słonecznego. Pomaga też sport, chodzi się więc na siłownię czy na basen, biega w butach z kolcami. W mieście wyznaczone są tory dla narciarzy biegowych. Najważniejsze jest wtedy trzymanie się rytmu dobowego i codziennych rytuałów.

Pytanie tylko, jak to zrobić?
Mieć przy sobie cały czas zegarek i stały dostęp do kawy (śmiech). Warto wszelkimi sposobami przekonywać swój organizm, że właśnie jest dzień. I tak np. pierwsze pytanie mojej córki, kiedy się wtedy obudzi brzmi: Mama, już jest dzień czy jeszcze noc?
Poza tym życie w noc polarną toczy się tu tak samo jak w innych częściach świata. Ludzie pracują tyle samo, dzieciaki chodzą do szkoły czy przedszkola.

Podobno arktyczne lato, kiedy całą dobę jest jasno, też do łatwych nie należy. Jaki system Pani sobie wypracowała? Jak wtedy np. spać?
Ja akurat nie mam z tym problemu – poza tym w większości domów są zainstalowane rolety, więc można łatwo "zrobić sobie noc". Bardzo lubię też w środku "nocy" wyjść na spacer po kompletnie opustoszałym mieście. Albo udać się po pracy na kilkugodzinny trekking w górach. Dzień, z racji tego, że trwa 24 godziny, może pomieścić dużo więcej treści.

Można się też przyzwyczaić do braku wiosny?
Jeśli jakiejś pory roku mi brakuje, to chyba lata – dni, kiedy można się naprawdę wygrzać na słońcu, należą tu do rzadkości. Wiosna wygląda po prostu trochę inaczej – śnieg w górach roztapia się powoli, więc i natura budzi się z opóźnieniem. Czasem robi się ciepło i można spacerować w podkoszulce przez łachy śniegu. Choć potrafi on spaść jeszcze w czerwcu i nikogo to nie dziwi.
Na szczęście mieszkamy na wybrzeżu i dzięki norweskiemu prądowi morskiemu (Golfstrom), mamy dosyć łagodną zimę. Wystarczy jednak wjechać trochę głębiej w ląd, a sytuacja bardzo się zmienia - temperatury dochodzą do -40 stopni. To już nie są żarty, ale i na to Norwegowie są świetnie przygotowani. Bardzo popularne jest tu powiedzenie, że nie ma złej pogody, są tylko złe ubrania. Mało kto myśli o tym, żeby modnie wyglądać, stawia się na ciepłe, dobrej jakości ubrania.

Światło, temperatura, wszechobecny śnieg – jaki to wszystko ma wpływ na organizację pracy?
Wszystko zależy od zawodu, jednak każdy, kto tu przyjeżdża, zauważa, że Norwegowie zaczynają dzień pracy od półgodzinnej przerwy na kawę. Pracują przy tym wolno i mam wrażenie, że nie czują się odpowiedzialni za efekt końcowy. Dlatego ceni się tu w wielu zawodach pracowników z zagranicy – za pracowitych uchodzą szczególnie Polacy i Litwini. Poza tym nie odczuwa się tak bardzo hierarchii, szczególnie w relacji szef-pracownik, co w praktyce oznacza, że szef nie siedzi przy biurku. Jest z pracownikami i często pomaga, nawet w tak niewdzięcznych zadaniach, jak np. sprzątanie czy mycie naczyń. Ma to też pozytywny wpływ na atmosferę w pracy, taki szef-kumpel przecież mniej stresuje.

Czym jeszcze praca w Norwegii różni się od tej w Polsce?
Pracownikowi przysługuje około 5 tygodni płatnego urlopu. Średnia pensja to 43 tys. koron, czyli ok. 20 tys. zł. Ale proszę pamiętać, że płaci się tu też bardzo wysokie podatki – przy wysokich zarobkach to jest około 49 proc.
Jednak wydaje mi się, że i tak jest łatwiej, nawet z perspektywy samotnej matki z dzieckiem. Można się utrzymać, pracując za najniższą pensję, która oscyluje w granicach 15 tys. koron na rękę (to około 6,5 tys. zł). Nic więc dziwnego, że Norwegia uważana jest za jeden z najlepszych krajów do życia – i nie chodzi tylko o zarobki, ale też o bezpieczeństwo socjalne.

Bezpieczeństwo socjalne, czyli co dokładnie?
Osobom w trudnej sytuacji finansowej przysługują np. zasiłki, które pozwalają żyć na naprawdę przyzwoitym poziomie. Ale są też zasiłki dla bezrobotnych czy na okres choroby – one także są bardzo wysokie, sięgają 80-100 proc. pensji. Tu jest naprawdę bardzo niewielu ludzi żyjących w biedzie.
To, co moim zdaniem najbardziej różni Polaków i mieszkających tu Norwegów, to poczucie bezpieczeństwa i wzajemne zaufanie. Nie zamykamy domów, samochodów, niektórzy nawet zostawiają auta z kluczykami w stacyjce. Zamki rowerowe są rzadkością.

Czym w takim razie zajmuje się policja?
Głównie kontrolowaniem czystości chodników i inwentaryzacją znalezionych przedmiotów.
Mało tego, w sklepie można np. zrobić zakupy za kilkadziesiąt tysięcy koron, podając tylko nazwisko pracodawcy!

Jak to się w ogóle stało, że osiadła Pani aż tak daleko? Przypadek? Zaplanowana i przemyślana decyzja?
Wolałabym tej historii nie przywoływać, bo to historia porywu serca i wielkiego rozczarowania. Zakochałam się i przyjechałam tu z Polakiem, z którym chciałam założyć rodzinę. Niestety nie było jak w bajkach dobrego zakończenia... Poza tym do czasu przyjazdu do Hammerfest szukałam swojego miejsca i sposobu na życie, głównie podróżując. Ostatnie pół roku w Polsce mieszkałam w Szczecinie i pracowałam w studio tatuażu (studiowałam na ASP). Tutaj jestem kelnerką w restauracji, pracuję na 80 proc. etatu, czyli około 29 godzin tygodniowo.

Jak tu Panią przyjęto? Mówi się tam przecież, że cudzoziemcy są źli, bo kradną.
Pewnie jest i tak, ale w moim przypadku było to miłe zaskoczenie i ciepłe przyjęcie. Byłam zdziwiona, że tak dużo ludzi chce wiedzieć, kim jestem. Oczywiście najczęstszym pytaniem było to, jak to się stało, że wylądowałam na tym "końcu świata". Byli też ciekawi, co zamierzam tu robić, czy mam tu rodzinę. Ale taki też może być urok małego miasta…

Jaka jest jeszcze ta wspólnota, w której Pani żyje?
Wielokulturowa. Dużą wagę przywiązuje do spraw równouprawnienia. Dba o wspólną przestrzeń, nawet kosztem swojego czasu. Tradycją w Norwegii są tak zwane dugnad - to wyznaczony dzień, w którym grupa osób zbiera się, żeby nieodpłatnie zrobić coś dla wszystkich. Może to być np. odmalowywanie klatki schodowej w bloku, pielenie wspólnego ogródka, drobne naprawy, sprzątanie śmieci na osiedlu. A wszystko dlatego, że Norwegowie mają szacunek dla wspólnej własności i to do tego stopnia, że w górach rozsiane są wspólne domki, w których można przenocować podczas dłuższych wypraw – odwiedzający dbają o to, żeby zostawiać je w stanie, w którym je zastali.
Poza tym Norwegowie mają w sobie pozytywny patriotyzm. Objawia się on nie tylko troską o wspólną przestrzeń, ale też widoczny jest przy okazji różnego rodzaju świąt czy festiwali, które traktowane są jako okazja do bycia razem. I tak np. majowe święto konstytucji jest celebrowane w radosny sposób – są wspólne pochody ubranych w tradycyjne stroje rodzin z dziećmi. Jest w tym i poczucie jedności narodu, i duma z własnej kultury. Tutaj nie wykorzystuje się patriotyzmu do walki politycznej.

A jaką wagę przywiązuje się do życia rodzinnego?
Bardzo dużą, co po części może być też zasługą polityki prorodzinnej kraju. Częsty model rodziny to taki z trójką lub większa liczbą dzieci. Matkom przysługuje roczny urlop po urodzeniu dziecka (z czego kilka tygodni obowiązuje też ojca). Zasiłki na dziecko są bardzo niewielkie, jeżeli rodzina ma wystarczający dochód. Ale jeśli zarabia się mało, może liczyć na znaczną pomoc od państwa (różnego rodzaju zasiłki, mieszkanie komunalne itp.). Charakterystyczne jest też dążenie do równego podziału obowiązków w rodzinie. Oznacza to, np. że ojcowie przejmują dużą część prac związanych z opieką nad dziećmi i prowadzeniem domu. Kobiety mają dzięki temu czas dla siebie i pewnie dlatego łatwiej im przychodzi podjęcie decyzji o następnym dziecku.

Z tego też pewnie wzięło się powiedzenie: Norwegowie są jak termosy. Zimni na zewnątrz, ale ciepli w środku. To prawda?
Potwierdziłabym, że są mało emocjonalni, zimni. Jeśli ma się gorszy dzień i nie ma się ochoty rozmawiać z ludźmi, to się tego po prostu nie robi. Twój dobry znajomy może cię minąć na ulicy i nawet się nie przywitać. To jest tu normalne i przez wszystkich akceptowane, ale przez przybysza może być interpretowane jako ignorowanie.
Mnie się raczej wydaje, że Norwegowie są pogodnie nastawieni do życia i bardzo towarzyscy, raczej się nie skarżą. Kulturalni. I przede wszystkim skromni – to bardzo bogaty naród, a jednak mało kto się z tym obnosi. Domy są takie same. Może jedynie po autach widać, kto dobrze zarabia – ale te drogie auta też są do siebie bardzo podobne.

Im dalej na północ, tym bardziej ludzie są otwarci? Takie jest też powszechne przekonanie w Europie.
Raczej wątpię. To tylko powierzchowność – przyjmują cię z otwartymi ramionami i sprawiają wrażenie zainteresowanych, natomiast bardzo trudno jest nawiązać z nimi bliższe relacje. Pewnie łatwiej jest tym, którzy pracują z Norwegami. Ja jednak nie mam wśród nich bliskich znajomych. O wiele łatwiej nawiązać kontakt z innymi przyjezdnymi.

Jakie społeczności tam w ogóle żyją?
Ciężko by wymienić wszystkie, bo to w znacznej części uchodźcy i imigranci zarobkowi. Co ciekawe, rdzennymi mieszkańcami tych ziem wcale nie są Norwegowie, ale Saamowie – to bardzo malownicza, ale i tajemnicza społeczność, blisko związana z naturą. Kiedyś był to koczowniczy lud wędrujący przez najbardziej nieprzyjazne tereny tundry polarnej wraz ze swoimi stadami reniferów. Żyli z myślistwa i rybołówstwa. Wielu z nich pod wpływem dyskryminacji ze strony Norwegów wyzbyło się swojej kultury i dziś prowadzi normalne życie, często ukrywając swoje pochodzenie. Są jednak i tacy, którzy mimo wszystko chcą podtrzymywać kulturę, noszą charakterystyczne kolorowe stroje, przekazują sobie tradycję śpiewu i rękodzielnictwa.
Norwegowie osiedlili się na tych terenach dużo później, ale że chcą być jak najbliżej europejskości i cywilizacji, uważają, że Saamowie ze swoimi stadami reniferów i koczowniczym stylem życia są po prostu prymitywni.

Słyszałam nawet, że Hammerfest uchodzi za najbardziej rasistowskie miasto w Finnmarku…
Osobiście nigdy tego nie odczułam. Myślę, że chodzi głównie o azylantów, którzy żyją na koszt państwa, nie starając się znaleźć pracy ani socjalizować. Jedno jest pewne, mieszkańcy mojego miasta jawnie nienawidzą reniferów. I mimo że całe Hammerfest zostało ogrodzone płotem, a na drogach wjazdowych zainstalowano specjalne rolki, po których renifery boją się chodzić, to i tak niektórym osobnikom udaje się wedrzeć do miasta i powyjadać pieczołowicie pielęgnowane w ogródkach kwiaty (można sobie wyobrazić jakim bohaterstwem jest ich wyhodowanie!). Często można też zauważyć naszego burmistrza przeganiającego grupki tych zwierząt – może dlatego jest tak popularny w Hammerfest i sprawuje swój urząd już kolejną kadencję (śmiech).
Mało tego, słyszałam, że jeszcze kilkanaście lat temu mieszkańcy zbierali odchody reniferów i w ramach zemsty zawozili je pod dom mieszkającego na pobliskim wzgórzu Saama – właściciela stada.

Jak się Pani tam w ogóle mieszka po tych blisko czterech latach?
Bezpiecznie, wolniej, refleksyjnie. Ten monumentalny krajobraz i surowy klimat dają inną perspektywę. Tutaj to natura dyktuje warunki – czuje się tę marność człowieka. Ci, którzy pragną cywilizacji i chcą uczestniczyć w wielkomiejskim wyścigu szczurów, nie zagrzeją tu długo miejsca. Zostają tylko ci, którzy wrośli w to miejsce lub nie mają wybujałych oczekiwań i kochają spokój.

I Pani się do nich zalicza?
Mam wiele wątpliwości, czy chce tu być. Raczej widzę Hammerfest jako przystanek niż miejsce na stałe. Z drugiej strony jest tu kojący spokój – nie tylko jeśli chodzi o krajobraz, ale także mieszkańców, którzy są skromni i pokorni. Życie nie jest tu też takie rozbuchane. I coś mnie wciąż w tym uwodzi...

psav