To kolejny krok, który wykonamy w kierunku polityki godnego zarobkowania i osiągania godnych wynagrodzeń i świadczeń w Polsce – podsumowała posiedzenie premier Beata Szydło. Resort rodziny, pracy i polityki społecznej szedł na rząd ze skromniejszym postulatem. Podwyżka płacy minimalnej miała wynieść 70 zł w relacji do tego roku, czyli o 3,7 proc. To oznaczało utrzymanie poziomu 45 proc. przeciętnego wynagrodzenia. Nowa propozycja daje wzrost o 8,1 proc.. Pensja minimalna miałaby stanowić 47,04 proc. prognozowanego przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce narodowej.

To więcej, niż oczekiwaliśmy, ale zgodne z tym, co mówił wicepremier Morawiecki, czas skończyć z opieraniem naszej konkurencyjności na niższych płacach – mówi rzecznik Solidarności Marek Lewandowski. Jak podkreśla, to krok w postulowanym przez związkowców kierunku doprowadzenia pensji minimalnej do poziomu 50 proc. przeciętnego wynagrodzenia.

Pracodawcy się boją

W zupełnie innych nastrojach są pracodawcy. – To potwornie wysoki wzrost najniższej płacy. To niewiele mniej niż średnie wynagrodzenie w mikroprzedsiębiorstwach – zauważa ekonomistka Konfederacji Lewiatan Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek. Jej zdaniem będzie to oznaczać istotny wzrost kosztów w firmach, bo rosną nie tylko wynagrodzenia do poziomu 2 tys. zł, ale pojawi się też presja na podwyżkę tych powyżej 2 tys. zł. – Tak duże podniesienie płacy minimalnej to będzie problem dla dużej części mikroprzedsiębiorstw, firm w regionach słabiej rozwiniętych czy dla branż, w których duża część wynagrodzeń jest zbliżona do poziomu płacy minimalnej – podkreśla ekonomistka. Efektem może być wzrost szarej strefy.

Decyzja rządu znacząco odbiega od propozycji pracodawców. Zdaniem Konfederacji Lewiatan minimalne wynagrodzenie w 2017 r. powinno wzrosnąć z 1850 zł do 1900 zł, czyli o 2,7 proc. Jak podkreślają to i tak podwyżka czterokrotnie wyższa niż wynikająca z ustawy o minimalnym wynagrodzeniu za pracę. Z kolei związkowcy uważają, że dobra sytuacja gospodarcza, a także w firmach powinny być argumentem za podwyżką wynagrodzeń. Teraz rozmowa przeniesie się do Rady Dialogu Społecznego, ale na rewizję decyzji rządu pracodawcy raczej nie mają co liczyć.

Podwyżka płacy minimalnej oznacza automatyczny wzrost minimalnej płacy godzinowej. To rozwiązanie ma wejść w życie od 1 stycznia 2017 r. i ma gwarantować, że wynagrodzenia z umów-zleceń nie będą znacząco odbiegały od przynajmniej minimalnego wynagrodzenia na kontraktach o pracę. Obecna propozycja to 12 zł za godzinę. Po podwyżce minimalnego wynagrodzenia zgodnie z tym, co na 2017 r. proponował resort rodziny, pracy i polityki społecznej, stawka godzinowa wzrosłaby do 12,30 zł, ale po wczorajszych decyzjach będzie to około 13 zł.

Odmrożenie w urzędach

Poprawi się też w budżetówce. Dostanie ona dodatkowe pieniądze drugi rok z rzędu. PiS nie wprowadzając powszechnych procentowych podwyżek, powiela rozwiązanie z 2015 r. rządu PO-PSL, który zdecydował o przeznaczeniu na wzrost płac 2 mld zł, nie narzucając wskaźnika wzrostu wynagrodzeń. Wcześniej jednak przez wiele lat urzędnicze wynagrodzenia były zamrożone. Poprzednie rządy nie podnosiły pensji od 2008 r., głównie ze względu na napiętą sytuację w budżecie, a system uszczelniono jeszcze bardziej w 2010 r. Na krótką metę zwiększało te efektywność administracji. Skoro fundusz płac był zamrożony, jedyną metodą na podwyżki było wykorzystanie pieniędzy z wakatów wynikających np. z odejść na emerytury. Czyli podwyżki były możliwe tam, gdzie ubywało pracowników, a praca była rozdzielana między pozostałych. Ale miało to swoje złe skutki. Ekonomiści zwracali uwagę, że trwające tak długo zamrożenie płac oznacza demotywację pracowników, ogranicza ich rozwój, sprowadza się do drenażu mózgów z sektora publicznego i ucieczki najlepszych do sektora prywatnego. Od 2008 r. do 2015 wynagrodzenia w gospodarce narodowej wzrosły nominalnie o prawie 23 proc.

Decyzja koalicji PO-PSL o odmrożeniu wynagrodzeń zapadła na krótko przed wyborami i została odebrana jako element kampanii wyborczej. W czasie, kiedy ją podejmowano, nominalne tempo wzrostu wynagrodzeń w gospodarce nie było wysokie, dochody pracowników rosły realnie przede wszystkim dzięki deflacji. Jednak dziś sytuacja jest nieco inna. Na rynku pracy jest bardzo dobrze: bezrobocie jest najniższe w historii (stopa bezrobocia wyniosła w maju 9,2 proc.), przedsiębiorstwa zwiększają zatrudnienie i płace. Z badań NBP wynika, że na początku roku niemal co piąty przedsiębiorca planował dać podwyżkę swoim pracownikom. Średnio miała ona wynieść w II kw. 4,9 proc. Co szósta firma zamierzała wyraźnie zwiększyć wynagrodzenia o 10 proc. i więcej.

Jarosław Janecki, ekonomista banku Societe Generale, mówi, że rząd nie może tych informacji lekceważyć. – Jeżeli zakłada się np. wyraźną poprawę ściągalności podatków, jeśli powstaje nowy podmiot, który ma się tym zająć, to chyba rząd nie będzie żałował pieniędzy, żeby dobrze wynagradzać pracowników, którzy będą się tym zajmować – zauważa. Według niego utrzymywanie przez poprzednie rządy długoletniego zamrożenia płac w sektorze publicznym nie było najlepszą decyzją, ale też wynikało ze wzrostu zatrudnienia w administracji. – Gdyby rzeczywiście sprawy poszły tym torem, że zwiększa się fundusz płac i jednocześnie ogranicza zatrudnienie w administracji, to na podwyżki byłaby powszechna społeczna zgoda – uważa Janecki. Jego zdaniem optymalnym sposobem wynagradzania pracowników sektora publicznego byłby taki, w którym to szefowie jednostek decydowaliby o wielkości poszczególnych pensji, biorąc przy tym pod uwagę jakość wykonywanej pracy.

WIDEO. B. Szydło: W przyszłym roku minimalne wynagrodzenie będzie wynosiło 2000 zł