URSZULA MIROWSKA-ŁOSKOT: Polsce udało się utworzyć koalicję przeciwko projektowi zmian w dyrektywie o delegowaniu pracowników, który zaproponowała Komisja Europejska. Czy to wystarczy, by zablokować projekt wprowadzający zasadę „równej płacy za tę samą pracę w tym samym miejscu”, dzięki któremu Polak jadący na kilka miesięcy do pracy w innym kraju miałby zapewnioną taką pensję jak lokalny pracownik?

STANISŁAW SZWED: Cieszymy się, że w tej chwili jest uruchomiona procedura żółtej kartki, która zmusza KE do ponownego przeanalizowania swojej propozycji. Nasza ofensywa, działania pani premier czy decyzje Sejmu i Senatu wspierające nasze krytyczne stanowisko wobec projektu KE odniosły skutek, bo znaleźliśmy państwa, które podobnie zareagowały na tę nową propozycję. Mamy jednak świadomość, że Marianne Thyssen (komisarz UE ds. zatrudnienia, spraw społecznych, umiejętności i mobilności pracowników, która zaproponowała zmiany w dyrektywie – red.) jest zdeterminowana, żeby ją wprowadzić. Zobaczymy, jaki będzie rozwój sytuacji. To, że w tej chwili jest uruchomiona procedura żółtej kartki, nie zwalnia nas z aktywności, żeby w dalszym ciągu pozyskiwać kolejne państwa, które nas wesprą. Staramy się też umocnić sojusz, który mamy już w tej chwili.

Jakie kraje jeszcze mogłyby włączyć się do koalicji przeciwko zmianom w dyrektywie?

Liczyliśmy na wsparcie Wielkiej Brytanii, ale sprawa jest zawieszona z uwagi na referendum w sprawie wyjścia tego kraju z UE. Potem jednak wrócimy do rozmów. Przypomnę, że w wielu przypadkach dotyczących drażliwych kwestii Wielka Brytania była z nami.

Jeżeli przyjmiemy zły scenariusz, tzn. że Komisja Europejska mimo głosów sprzeciwu uzna, że ta propozycja jest zgodna z zasadą pomocniczości, to czy Polska ma plan B?

Z naszej strony scenariusz jest dosyć prosty – będziemy robić wszystko, żeby propozycja KE nie została przyjęta, bo zaszkodzi naszej gospodarce. Nie wykluczamy jednak, że w przyszłości, gdy rynek, w tym pracowników delegowanych, ustabilizuje się, będziemy dokonywać zmian czy korekt przepisów. Przecież z punktu widzenia pracowników zapis zrównania płac Polaków wyjeżdżających do pracy za granicę na kilka miesięcy jest korzystny i na pewno docelowo musimy do tego dążyć. Ale nie dzisiaj. Nie da się tego zrobić automatycznie przez wprowadzanie zmian w dyrektywie, bo skończy się to utratą wielu miejsc pracy przez Polaków. Nasze firmy delegujące nie będą bowiem konkurencyjne. Na razie jest za duża różnica między gospodarkami krajów UE, aby móc zapewnić takie same warunki płacowe. Ponadto obecnie kończymy pracę nad implementacją dyrektywy wdrożeniowej w sprawie delegowania, która daje możliwości zapewnienia podstawowych warunków pracy i płacy. Kraje UE mają czas na jej przyjęcie do 18 czerwca. Najpierw powinno ocenić się jej efekty, a dopiero potem myśleć o dalszych zmianach.

Jednocześnie rząd pracuje nad implementacją dyrektywy sezonowej, która zaostrza zasady zatrudniania w Polsce obywateli państw spoza Unii Europejskiej. Czy pozwoli ona ograniczyć nielegalne zatrudnienie obcokrajowców?

Żeby w jakiś sposób zweryfikować, jaka jest faktycznie skala problemu nielegalnego zatrudniania cudzoziemców – czy w Polsce na czarno pracuje milion, czy więcej obywateli zza wschodniej granicy – musimy wprowadzić taki system, który pozwoli nam to kontrolować. Dzisiaj niestety tego nie wiemy. Przykładowo w ubiegłym roku szacowaliśmy, że pracodawcy złożyli prawie 800 tys. oświadczeń w sprawie zatrudnienia cudzoziemców z państw trzecich, a pracę podjęło ponad 500 tys. osób, głównie z Ukrainy. Nie wiemy też, czy pozostali oni w naszym kraju, czy część przemieściła się dalej przez granicę i pracuje w innych krajach UE, bo dzięki nam otrzymali wizę i mieli możliwość wyjechania. Dlatego konieczne jest uszczelnienie tego systemu, na co zwracają nam uwagę Straż Graniczna i Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Ponadto urzędy pracy będą zobligowane do monitorowania sytuacji na rynku pracy, chcemy bowiem poznać skutki wprowadzonych zmian.

Pojawiły się jednak głosy, że nowe przepisy dotyczące pracowników sezonowych spoza Unii uderzą w pracodawców.

Nie obawiałbym się tego. Oczywiście nie ma co ukrywać, że procedura wydania zezwolenia na pracę będzie trochę bardziej skomplikowana, ale staramy się wprowadzić też pewne ułatwienia. Jeżeli np. ten sam cudzoziemiec przyjeżdża do tego samego przedsiębiorcy, to będzie miał zezwolenie na pracę sezonową ważne przez trzy lata.

Projekt nowelizacji ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy zakłada także, że cudzoziemcy mają otrzymywać takie samo wynagrodzenie jak lokalni pracownicy wykonujący te same czynności. Jak w praktyce będzie wyglądało ustalanie regionalnych pensji?

Urzędy pracy będą badały sytuację dotyczącą wynagrodzeń – to one będą też określały, jaka średnia płaca powinna przysługiwać cudzoziemcowi. Może ten zapis spróbujemy jeszcze zmodyfikować. Chodzi nam o to, żeby unikać drastycznych różnic pomiędzy płacami, które obowiązują na lokalnym rynku, a zarobkami zatrudnianych cudzoziemców. Zdaję sobie sprawę, że jeżeli mówimy o zatrudnieniu w rolnictwie za stawki, które są obecnie proponowane cudzoziemcom, trudno znaleźć w Polsce pracowników. Ale jeżeli nadal utrzymamy niskie stawki, cudzoziemcy przyjeżdżający do pracy w Polsce będą nas traktować tylko jak kraj tranzytowy – granica jest otwarta, te osoby mogą pracować na czarno w innych państwach za inne pensje. Aby lepiej kontrolować zatrudnianie cudzoziemców, wprowadzamy też rozwiązania umożliwiające Państwowej Inspekcji Pracy kontrolę pracodawców, u których oni pracują.

Zdaniem związkowców kontrolerzy PIP niewiele mogą zdziałać, kiedy na tydzień przed inspekcją muszą zaanonsować swoje przybycie. Po prostu ci, którzy pracują nielegalnie, w dniu kontroli nie przychodzą do pracy.

Już obecnie PIP może przeprowadzać kontrolę w każdej chwili, jeżeli jest zagrożenie wykonywania pracy. Ale zgadzam się, że tę sprawę należy uregulować na nowo.

Jak?

Zmiana dotyczyłaby ustawy o swobodzie działalności gospodarczej i pierwsze rozmowy z Ministerstwem Rozwoju (MR) były już w tej kwestii prowadzone. Sprawa nie jest prosta, z jednej strony resort rozwoju pracuje nad rozwiązaniami ułatwiającymi działalność małym i średnim przedsiębiorcom, a z drugiej chodzi nam o takie rozwiązanie, które zapewni możliwość pełnej kontroli pracodawcy, ale nie będzie też nadużywane. Zastanawiamy się nie tylko nad zniesieniem zawiadomienia przed przeprowadzeniem kontroli, ale również nad zmianą nakładanych kar czy zniesieniem upoważnień dla inspektora do jej przeprowadzenia.

A kiedy ostateczne nowe rozwiązania zostaną wypracowane?

Nie chcę tu składać zobowiązań, bo przed nami jeszcze trochę pracy. Do końca tego roku powinniśmy jednak przygotować pewne rozwiązania. Wcześniej też będziemy mieć propozycję z MR dotyczącą już konkretnych zapisów związanych z planem odpowiedzialnego rozwoju i wsparcia dla małych i średnich przedsiębiorstw.

Nad czym pan jeszcze pracuje oprócz tego wszystkiego, co tu leży na biurku?

Do końca czerwca zbieramy opinie z urzędów pracy na temat funkcjonowania ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy, zwłaszcza po zmianach wprowadzonych w 2014 r. Na jesień chcemy przygotować się do podjęcia decyzji, czy przygotowujemy nową ustawę, czy nowelizujemy tę, którą mamy.

Co byłoby lepsze?

Jestem zwolennikiem napisania nowej ustawy o rynku pracy. Jeżeli byśmy się do tego przymierzali, musielibyśmy jednak szybko podjąć decyzję w tej sprawie, bo jej opracowanie i uchwalenie wymaga czasu. Przy czym teraz na rynku pracy jest dobra sytuacja, żeby zmiany spróbować wprowadzić. Jednym z tematów, który wywołuje dużo emocji, jest podporządkowanie urzędów pracy: dalej utrzymywać dotychczasową strukturę, czy jednak dokonać zmiany i urzędy pracy przywrócić pod administrację rządową.

Czy w tej kwestii zapadła już ostateczna decyzja?

Decyzji jeszcze nie ma, trwa dyskusja, by dokonać rzetelnej oceny takiej zmiany. Faktem jednak jest, że opinie zarówno poszukujących pracy, jak i przedsiębiorców oraz urzędów są takie, że obecny system się nie sprawdza. Potrzebna jest zmiana filozofii – urząd pracy powinien pomagać tym, którzy tego wsparcia potrzebują. Jeżeli ktoś nie chce tej pomocy, a my go ściągamy na siłę tylko po to, aby dostał pieczątkę, to jest to bez sensu.