Okrągły Stół, wybory z 4 czerwca, utworzenie rządu Mazowieckiego albo ekspresowe przepchnięcie przez Sejm planu Balcerowicza. To wydarzenia symboliczne i bardzo chętnie przywoływane przy okazji hucznie fetowanych obchodów 25-lecia polskiej transformacji. My postanowiliśmy skupić się na 1990 r. Opiszemy go w najbliższych numerach. Bo to równo 25 lat temu polska transformacja stała się dla Polaków rzeczywistością. Często bardzo bolesną.

"Rok 1990 był z punktu widzenia losów transformacji polskiej bezspornie najważniejszy. W dużym stopniu zdeterminował charakter i drogę dalszych przemian" – pisał na kilka lat przed śmiercią jeden z najbardziej wytrwałych krytyków modelu polskich przemian ekonomicznych Tadeusz Kowalik. I nie przesadzał. Bo pod wieloma względami 1990 r. był w Polsce wyjątkowy.

Zwłaszcza z ekonomicznego punktu widzenia. I to nie tylko dlatego, że przed niektórymi otworzył zupełnie niesamowite możliwości (a jeszcze mniej liczni faktycznie potrafili z nich skorzystać). Często zapominamy, że najważniejsze zmiany dokonały się na przeciwległym (a jednocześnie liczniejszym) biegunie polskiego społeczeństwa. Bo dla większości Polaków 1990 r. przyniósł całkowitą zmianę reguł gry: bardzo odczuwalny spadek stopy życiowej, początek radykalnego pogorszenia ich pozycji na rynku pracy czy wreszcie nieznane w PRL zjawisko bezrobocia, które do końca 1990 urosło z niemal zera do 6,1 proc. (i rosło nieprzerwanie do roku 1993 r., gdy osiągnęło 16,4 proc.). Te zmiany śmiało można nazwać hekatombą. A więc ogromną ofiarą społeczną poniesioną na ołtarzu instalowania w Polsce kapitalistycznego porządku.

Tak chciał rynek

1 stycznia 1990 r. wszedł w życie pakiet ustaw przygotowanych przez wicepremiera Leszka Balcerowicza. Przyświecały mu dwa cele. Pierwszym, bardziej doraźnym, było opanowanie szalejącej w kraju inflacji. Co wywołało ten pożar, do dziś budzi spory wśród historyków ekonomii. Dla jednych (pogląd liczniejszy) tragedia hiperinflacji była wielką katastrofą stanowiącą naturalną konsekwencję realizowania w Polsce z założenia niefunkcjonalnej koncepcji realnego socjalizmu. Taka opowieść jest kusząca w swojej prostocie, a nawet symbolicznym wymiarze. Bo w tej koncepcji inflacja jawi się jako kara za grzechy Bieruta, Gomułki i Gierka. Ale życie (zwłaszcza ekonomiczne) jest bardziej skomplikowane. Bliższe prawdy wydaje się wyjaśnianie hiperinflacji jako konsekwencji sporu politycznego, który trwał przez całe lata 80., i utraty zaufania rynków finansowych do Polski po ogłoszeniu przez nią niewypłacalności. Ostatecznym zaś krokiem w jej kierunku było nieprzemyślane częściowe urynkowienie gospodarki przez rząd Mieczysława Rakowskiego.

Jednak plan Balcerowicza nie był tylko gaszeniem inflacyjnego pożaru. Bo miał jeszcze drugi cel. Choć dalekosiężny, to jednak bardzo wyraźnie sformułowany. Ówczesnym ekonomicznym decydentom chodziło o radykalne przyspieszenie procesu urynkowienia gospodarki. I to było sedno terapii szokowej. A więc koncepcji przywiezionej do Polski latem 1989 r. przez harwardzkiego gwiazdora ekonomii Jeffreya Sachsa. Pomysł ekspresowego przestawienia gospodarki na kapitalizm (na wzór działań stosowanych wcześniej w Ameryce Łacińskiej) nie miał wiele wspólnego z kompromisem wypracowanym przez PZPR i Solidarność przy Okrągłym Stole. Bo tam władza i opozycja umówiły się na przemiany stopniowe. W praktyce jednak wicepremierowi Balcerowiczowi i jego otoczeniu koncepcja Sachsa okazała się bliższa niż okrągłostołowe kunktatorstwo. I to właśnie ją zaczęto realizować, uzupełniając ją takimi działaniami jak szerokie otwarcie polskiego rynku dla towarów zagranicznych oraz przyspieszenie prac nad ustawą prywatyzacyjną, którą uchwalono w lipcu 1990 r.

Co to oznaczało w praktyce? Od stycznia 1990 r. sfera wolnych cen rozszerzyła się z 50 do ok. 90 proc. Myliłby się jednak ten, kto uważa, że rząd Mazowieckiego po prostu oddał pole obiektywnym mechanizmom wolnego rynku. Twardym, ale jednak sprawiedliwym. Rzeczywistość znów była trochę bardziej skomplikowana. Jednocześnie (w ramach walki z inflacją) zarzucono kilka mocnych kotwic, które miały stabilizować polską walutę. Takimi kotwicami były: stały kurs dolara, bardzo wysoka stopa procentowa oraz popiwek, czyli drakoński podatek mający na celu zmuszenie przedsiębiorstw państwowych, by nie podnosiły płac. Do tego doszło – przypadające głównie na pierwsze półrocze 1990 r. – mocne otwarcie polskiej gospodarki. Czyli de facto wyrzeczenie się przez rząd roli strażnika interesów rodzimych przedsiębiorstw. W tych nowych warunkach miały sobie radzić polskie firmy. Wtedy głównie państwowe. Jak wiemy, większość sobie nie poradziła. Zaczęły się upadłości, zwolnienia, restrukturyzacje. Albo sankcjonowanie rozpoczętego jeszcze przez ostatnie komunistyczne rządy procesu dzikiej prywatyzacji, przez niektórych badaczy określanego jako uwłaszczenie nomenklatury.

Dziś obrońcy terapii szokowej rozkładają ręce i mówią, że tak chciał rynek. I widocznie polskie przedsiębiorstwa po czterdziestu latach spędzonych w komunistycznym skansenie do niczego się nie nadawały. Nic dziwnego, że padły. Taka argumentacja jest prymitywnym dorabianiem uzasadnienia do tego, co się w praktyce wydarzyło. Ówczesne położenie przedsiębiorstw państwowych dużo lepiej porównać do uczestnika spartakiady, którego opiekunowie wysłali na igrzyska olimpijskie. To nie jest przecież tak, że on nie umie biegać. Może ma nawet wielki talent. Tylko po prostu w tym momencie nie jest przygotowany do walki z najlepszymi profesjonalnymi atletami.

Ale z polskimi przedsiębiorstwami doby przełomu było jeszcze gorzej. One nie tylko były nieprzygotowane do wyścigu – zapóźnione technologicznie, bez doświadczenia z kapitalistyczną organizacją pracy i bez kontaktów biznesowych po drugiej stronie żelaznej kurtyny. Ale na dodatek rząd związał im jeszcze nogi, a potem ustawił na linii startu z najbardziej doświadczonymi sportowcami świata i radośnie wcielił się w rolę startera. A potem się zdziwił, że „nasi” upadli tuż po starcie. „Jestem przekonany, że w warunkach popiwku, bardzo wysokich stóp procentowych i braku przynajmniej elementarnej ochrony ze strony własnego państwa nie poradziłby sobie nikt. Nawet dzisiejsze perły niemieckiej albo anglosaskiej przedsiębiorczości” – uważa Andrzej Karpiński, były wieloletni sekretarz naukowy Komitetu Prognoz Polskiej Akademii Nauk i autor kilku książek opisujących strukturę polskiej gospodarki.

Głównym obszarem badań Karpińskiego jest analizowanie przemian, które zaszły w polskim przemyśle. To on jest współtwórcą unikatowego zestawienia „Jak powstawały i jak upadały zakłady przemysłowe w Polsce”. Z jego ustaleń wynika, że w nowych warunkach rynkowych po 1989 r. prawie co trzeci zakład zbudowany w PRL albo uległ likwidacji w ogóle, albo zaprzestał dotychczasowej produkcji przemysłowej na rzecz działalności dystrybucyjnej (handlowej, magazynowej itp.). Ale rzecz nawet nie w samej liczbie upadłych zakładów. Karpiński tłumaczy, że dla ekonomistów wciąż najlepszą miarą uprzemysłowienia jest odsetek osób zatrudnionych w przemyśle. Nie jest to miara idealna, ale pozwala uchwycić nie tylko czystą produkcję (zmieniającą się przez ostre wahania koniunkturalne) albo wartość majątku (często trudny do oszacowania), lecz również rolę, jaką przemysł odgrywa w realnej gospodarce. I właśnie patrząc na ten wskaźnik, najlepiej można dobrze prześledzić losy polskiej deindustrializacji. Szczyt zatrudnienia w przemyśle przypadał u nas na 1980 r. Wtedy pracowało w nim ok. 5,2 mln Polaków. W 2013 r. to było już tylko 2,8 mln. „Oznacza to, że w Polsce po roku 1989 doszło do największego spadku zatrudnienia w przemyśle w skali całej powojennej Europy. Porównywalny regres zaliczyła w tym okresie tylko Wielka Brytania” – dowodzi Karpiński. I choć sam 1990 r. nie był jeszcze rekordowy pod względem liczby zamkniętych lub okrojonych zakładów, to jednak jest on kluczową cezurą. To wówczas Polska gospodarka weszła na ścieżkę deindustrializacji.

Skutki tego procesu podzielić można na dwie kategorie. Te pierwsze przyszły bardzo szybko. „Kiedy w pierwszej połowie lutego 1990 r. Franciszek Kubiczek, ówczesny szef GUS, ogłosił, że produkcja przemysłowa spadła w styczniu o ponad 30 proc., to był ogromny szok, któremu towarzyszyło niedowierzanie i nawet głosy, że nomenklaturowiec coś kręci. Jednak nie kręcił” – wspominał potem sam Waldemar Kuczyński, w owym czasie główny doradca premiera Mazowieckiego, do dziś jeden z najbardziej zagorzałych obrońców terapii szokowej. W całym 1990 r. wyhamowanie produkcji okazało się pięciokrotnie wyższe od zapowiadanego, a spadek PKB zamiast 3,5 wyniósł aż 11 proc. Nastąpiło też dramatyczne pikowanie stopy życiowej: średnie ceny w 1990 r. wzrosły 6–7 razy, a przeciętne pensje realne spadły o blisko 24 proc. Do tego doszło widmo bezrobocia. A najgorsze było to, że wszystkie wskaźniki były bardzo odległe od tego, co zakładali rządzący. Nikt się do tego wtedy oczywiście oficjalnie nie przyznał. Ale na podstawie wspomnień i dokumentów wiemy, że ekipa Balcerowicza utraciła kontrolę nad sytuacją. Jeszcze w listopadzie 1989 r. Sachs mówił o „stukilkudziesięciu tysiącach bezrobotnych”. Potem pojawiała się liczba 400 tysięcy, a w rzeczywistości pod koniec 1990 r. bez pracy było już milion Polaków. A wkrótce liczba ta miała się potroić. Jednocześnie rządzącym nie udało się „zdmuchnąć inflacji”, co było przecież oficjalnym celem i uzasadnieniem terapii szokowej. Do poziomu jednocyfrowego udało się ją zbić dopiero pod koniec lat 90.

Twórcy tamtej fazy polskiej transformacji ze swoich niepowodzeń tłumaczyli się niechętnie. Oficjalna opowieść brzmiała, że lekarstwa nigdy nie są smaczne. Ale jeżeli Polacy wytrzymają i nie zawrócą z obranej drogi reform, to wkrótce czeka ich nagroda. Rządzącym pomagała polityczna dynamika przemian. I fakt, że w 1990 r. solidarnościowe elity ciągle jeszcze stały murem za koncepcją terapii szokowej. I to pomimo wojny na górze, która rozgorzała przed wyborami prezydenckimi.

Co ciekawe, w tamtym okresie najciekawszy spór o transformację odbywał się nie w Sejmie czy na łamach gazet, lecz między ekonomistami, a więc trochę poza radarem opinii publicznej. Sprzeciw wobec przyjętej filozofii wyrażali zwłaszcza zwolennicy podejścia popytowego. Na przykład Kazimierz Łaski, wychowanek Michała Kaleckiego, którego błyskotliwą karierę akademicką w PRL przerwały wydarzenia marcowe 1968 r. Łaski zdecydował się na emigrację i osiadł w Austrii, gdzie z czasem objął funkcję szefa wpływowego Wiedeńskiego Instytutu Międzynarodowych Porównań Gospodarczych (WIIW). Kierowany przez niego instytut specjalizował się w badaniach gospodarek Europy Środkowej. Już w lutym 1990 r. Łaski przestrzegał przed realnymi konsekwencjami planu Balcerowicza dla rodzimej gospodarki. Pisał, że połączenie uwolnienia cen nośników energii, wysokiej dewaluacji złotego i zaporowych stóp procentowych spowoduje drastyczny spadek płac realnych. To z kolei przełoży się na znaczący spadek popytu krajowego i recesję, co nie będzie sprzyjało modernizacji zacofanej gospodarki ani walce z inflacją.

Ta ekspertyza została odrzucona przez resort finansów, a doradzający wtedy Leszkowi Balcerowiczowi młody ekonomista z Londynu Jacek Rostowski napisał odpowiedź, w której zarzucił Łaskiemu rażące błędy metodologiczne. Faktycznie jednak chodziło o to, że rząd Mazowieckiego odrzucał wówczas wszelką krytykę zamysłów Balcerowicza, nawet kosztem pogłębiającej się recesji, widząc w niej drogę do rozwodnienia całego planu. Z podobną niechęcią traktowano krytykę rządowej opieszałości w sformułowaniu polityki przemysłowej, realizowanej wedle zasady sformułowanej przez ministra Tadeusza Syryjczyka: że najlepszą polityką przemysłową jest brak polityki przemysłowej. Dopiero w drugiej połowie 1990 r. w rządzie zaczęło dominować przekonanie, że pierwotne założenia terapii szokowej należy skorygować. I to w kierunku postulowanym przez popytowców, a więc poprzez obniżenie stopy procentowej, obniżenie popiwku i podwyższenie indeksacji płac. Robiono to jednak „po cichu” (określenie Marka Dąbrowskiego, jednego z najbliższych współpracowników Leszka Balcerowicza), by nie podważać ogólnego przekonania o reformatorskim zapale władz.

Ale hekatomba 1990 r. ma również dalekosiężne konsekwencje, z których czasem nawet nie zdajemy sobie sprawy. Pierwsza z nich to negatywny impuls dla rynku pracy. Optymistyczna wizja polskich przemian każe nam wierzyć, że nic wielkiego się nie stało. Ot, ludzie z pracy w „starym” przemyśle przeszli do pracy w nowoczesnych firmach, najczęściej zachodnich. O tym, że nie jest to takie proste, świadczy przypadek takich miejsc jak Wałbrzych, w szczytowym okresie zatrudniającego w PRL ok. 25 tys. górników. Nie licząc powstałego za górnictwem przemysłu włókienniczego, papierniczego i elektromaszynowego. W latach 90. kopalnie zostały zamknięte, a bezrobocie wymknęło się spod kontroli, powodując napięcia społeczne i emigrację. Na miejsce dawnych zakładów powstała Wałbrzyska Specjalna Strefa Ekonomiczna. W jej ramach działa dziś ok. 200 przedsiębiorstw z całego świata: Toyota, IBM, Whirlpool, Colgate czy Electrolux. Według oficjalnych danych strefa daje pracę 30 tys. osób. Albo rejon Poznania, gdzie przemysł ciężki i stoczniowy – skupiony głównie wokół zakładów Cegielskiego – został zastąpiony przez szeroko rozumiany przemysł motoryzacyjny i firmy takie jak Volkswagen, MAN, Solaris czy producenta opon Bridgestone.

Kiedy się jednak popatrzy na rynek pracy, widać wyraźnie, że nie mamy tu do czynienia z prostym zastąpieniem jednych miejsc pracy innymi. „Nowy przemysł oferuje pracę dużo gorszej jakości” – uważa Jarosław Urbański, badacz polskiego rynku pracy i autor książki „Prekariat i nowa walka klas”. Ta nowa praca jest dużo mniej pewna i oparta na prekariacie. To jest zresztą jedna z tajemnic ekonomicznej wyższości nowego przemysłu nad starym. Konkurencja między nimi nie była możliwa wcale nie z powodu (a w każdym razie nie tylko) przewagi technologicznej, lecz dlatego, że nowy poznański przemysł motoryzacyjny do perfekcji opanował technikę pozyskiwania taniej siły roboczej, np. wykorzystał duże bezrobocie na obrzeżach województwa wielkopolskiego i gotowość polityków do wprowadzania zmian instytucjonalnych na rynku pracy. A stary przemysł nie mógł sobie na to pozwolić, bo musiał dotrzymać umowy ze swoimi dotychczasowymi pracownikami i całą załogą. Więc przegrał. Najczęściej nowy polski przemysł oferuje miejsca pracy dużo mniej ambitne. A to dlatego, że zagraniczny kapitał lokuje u nas montownie, a nie centra badawczo-rozwojowe. Co z kolei jest jedną z głównych przyczyn drenażu mózgów, czyli ucieczek lepiej wykwalifikowanych Polaków do miejsc, gdzie na ich umiejętności będzie większe zapotrzebowanie.

Druga konsekwencja polskiej przemysłowej hekatomby 1990 r. dotyczy struktury gospodarczej. „Często nawet sobie nie uświadamiamy, że w Polsce nastąpiła wielka wymiana zakładów dużych na małe. W 1989 r. w dużych zakładach (zatrudniających 1000 i więcej osób) pracowało 3,2 mln Polaków, dziś tylko 640 tys.” – dowodzi Andrzej Karpiński. Czy to źle? Nie najlepiej. – „W większości krajów wysoko rozwiniętych udział dużych przedsiębiorstw przemysłowych sięga 1/3. A u nas... 20 proc. A to ma daleko idące konsekwencje. M.in. dla innowacyjności, która tworzy się właśnie w dużym przemyśle albo na jego potrzeby. A jeżeli takiego przemysłu w kraju nie ma, to ten kraj zawsze będzie skazany na import technologii i innowacyjne zacofanie. Brak dużego przemysłu krajowego to również zła wiadomość dla fiskusa, bo to tacy gracze są najlepszymi podatnikami. W przeciwieństwie do dysponujących nieograniczonymi możliwościami optymalizacyjnymi zobowiązań podatkowych zagranicznych koncernów i wiecznie walczących o przetrwanie mikroprzedsiębiorstw” .

Wszystko to z pozoru zjawiska dosyć odległe od 1990 r. Ale tyko z pozoru. Bo ówczesna hekatomba ma na nas dalece większy wpływ, niż nam się może wydawać na pierwszy rzut oka.