Katarzyna, 26 lat, ukończyła kulturoznawstwo i pedagogikę, wcześniej pracowała w wolontariacie i na stażach, głównie w fundacjach

Do jednego z warszawskich urzędów pracy zgłosiła się kilka tygodni temu. Przyszła do niego osobiście, choć wcześniej próbowała zarejestrować się przez Internet. Po kilku próbach i blisko godzinie wpisywania w komputer kolejnych danych, poddała się. 

- Pierwsze zdanie urzędnika? Nie musi Pani przyjeżdżać. Może się Pani przecież zarejestrować przez Internet.
- Próbowałam! Ale jest tak za dużo zakładek, że nie byłam przez nie wstanie przejść. Poza tym system się zawieszał. 

Zatrudnionej w urzędzie kobiecie, niewiele starszej od Katarzyny, zajęło to nie więcej niż 10 minut. Rubryki dotyczące przebytych kursów i szkoleń, które były najbardziej problematyczne, zostawiła puste. 

- Tym spotkaniem byłam pozytywnie zaskoczona, choć pierwszy kontakt z urzędem oceniam jako trudny i odpychający. Na monitorach niezrozumiale komunikaty. Niemiła kobieta w informacji, dodatkowo przegrodzona ulotkami -  wspomina Katarzyna. Ale skarży się także na obowiązkowe rozmowy z pośrednikiem pracy - spotkanie trwało 10 minut i ograniczyło się do informacji, że wszystkie oferty publikowane są na stronie - i próby dostania się do doradcy zawodowego - musiałaby na nie czekać aż dwa miesiące. Tymczasem w znajdującym się piętro wyżej wojewódzkim urzędzie pracy kolejki do doradcy zawodowego w ogóle nie ma. 

- Dopiero podczas rozmowy w wojewódzkim urzędzie miała wrażenie, że ktoś mówi konkretnie do mnie, a nie powtarza kolejne wyuczone formułki. Samo spotkanie trwało około półtorej godziny - opowiada. - Frustrujące jednak było to, że choć dowiedziałam się, że muszę zmienić swoje CV, to nie mogłam tego zrobić razem z doradcą. Odesłał mnie na warsztaty. Zapisałam się -  dodaje. 

Bezrobotni mogą uczestniczyć w kilkunastu różnych szkoleniach - dostanie się na nie jest trudne, a liczba miejsc - ograniczona. Wśród warsztatów są nie tylko te z pisania CV, ale także radzenia sobie ze stresem, asertywności, publicznych wystąpień czy np. szukania swoich mocnych stron. Te ostatnie organizowane pod hasłem "Wyspa skarbów". Z reguły trwają dwa dni, po 6 godzin. Mimo oferty kursów, Katarzyna pracę miejskiego stołecznego urzędu pracy ocenia źle. 

- Mam wrażenie, że dostaję tylko narzędzia, ale radzić muszę sobie już sama. A przecież oferty są słabe, a jeśli już to głównie dla pracowników fizycznych. Dla humanistów ich nie ma. Po drugie, wszystkie działania są mało intensywne i bardzo rozciągnięte w czasie. To sprawia, że odnoszę wrażenie, że stoję w miejscu - kwituje. 

***

Anna, 30 lat, były dyrektor ds. sprzedaży w jednym z banków, po studiach ekonomicznych, zwolniona z powodu redukcji etatów, pracę straciła w grudniu

Do urzędu pracy zgłosiła się w połowie stycznia. Był poniedziałek, a poczekalnia ledwo mieściła wszystkich bezrobotnych. Tych zawsze jest najwięcej na początku tygodnia, choć prawdziwe tłumy przychodzą z początkiem każdego miesiąca, kiedy mają miejsce zwolnienia grupowe. W salce, która przystosowana jest dla dziesięciu osób, było ich około 50. Na swoją kolej czekała kilka godzin. 

- Na pierwszej wizycie w urzędzie się skończyło - opowiada Anna, prosi o niepodawanie imienia i nazwiska. W kolejnych tygodniach nikt się z nią nie skontaktował, nie licząc jednego listu. 

- To była promocja usług księgowych, gdybym się zdecydowała na założenie działalności gospodarczej. To było tuż po tym, jak - razem z przyjaciółką -  wpadłyśmy na pomysł otworzenia własnej firmy, ale urząd o tym jeszcze nie mógł wiedzieć - nie kryje zaskoczenia. Postawiła na firmę szkoleniową dla przedstawicieli średnich firm. Nazwa jeszcze powstaje, ale pierwsi klienci już zgłosili chęć uczestnictwa z kursach. 

- Uznałam, że ze strony urzędu pracy nie mam na co liczyć i trzeba wziąć sprawy w swojej ręce. Żadna z ofert nie wpadła mi w oko, podobnie zresztą jak oferta szkoleń, które przestałam po pewnym czasie przeglądać - mówi. Do spotkania z pośrednikiem pracy w ogóle nie doszło. - Jako bezrobotna będę zarejestrowana tylko do końca tygodnia - kwituje. 

***

Paweł, 43 lata, pracownik budowlany, 17 lat pracy

- W urzędzie pracy rejestruję się już po raz trzeci, ale nie mam złudzeń, że dzięki niemu znajdę pracę. Przecież na jedną ofertę w budowlance przypada aż 20 osób. Liczę przede wszystkim na uzyskanie dostępu do publicznej służby zdrowia. Może tez uda mi się zrobić szkolenie na wózki widłowe - mówi Paweł. Poprzednich pracodawców zawsze znajdował sam - bez pośrednictwa urzędu pracy. 

Inni bezrobotni - pracownicy fizyczni - z którymi rozmawiam, przekonują, że nawet jak oferta z urzędu jest, to z reguły jej nie przyjmują.

- Zaproponowali, żebym za 1,8 tys. zł miesięcznie zgłosił się na wycinkę drzew. Śmieszna kwota! To już wolę poczekać kilka tygodni, jak się zrobi ciepło i wkręcić się samemu na budowę. Tam przynajmniej dostanę o 1 tys. zł więcej - przekonuje Jacek, 34 lata (nazwisko do wiadomości redakcji). Telefony po kilku tygodniach przestaje odbierać - nie udaje mi się ponownie z nim skontaktować. Podobnie Paweł. A kiedy ostatecznie się do niego dodzwaniam, dalsze pytania ucina: - Nadal nic nie ma. Dopiero teraz wyznaczyli mi termin rozmowy w pośredniaku (powiatowy urząd pracy – przypis red.). 

Na prośbę bohaterów tekstów zmienione zostały niektóre szczegóły pomagające ustalić tożsamość bohaterów