Drewniane, niepomalowane, nawet nieoszlifowane drzwi przyśrubowane do białych nóżek rodem z IKEI – przy takim stole siadam z Marcinem Szałkiem, szefem polskiego oddziału portalu DaWanda. – Trochę brakowało nam pieniędzy na wykańczanie biura, a zresztą taki samodzielnie zrobiony stół idealnie wpasowuje się w to, czym się zajmujemy – tłumaczy.

DaWanda to jeden z największych na świecie projektów łączących trend DIY, czyli Do It Yourself (po polsku „zrób to sam”) z biznesem internetowym, a swój początek zawdzięcza matrioszkom. Wymyślili ją berlińczycy Claudia Helming i Michael Puetz, gdy po zakończonym kontrakcie opuszczali Rosję i bezskutecznie poszukiwali oryginalnych rękodzielniczych upominków dla niemieckich przyjaciół. Jedyne, co można było kupić, to fabryczne, sztampowe pamiątki. Początkowo DaWanda miała być po prostu sklepem internetowym, w którym można znaleźć jedyne w swoim rodzaju prezenty.

Szybko okazało się, że mniejszych i większych twórców unikatowych produktów jest tak dużo, że z małego e-sklepu rozrosła się do ogromnej platformy dla majsterkowiczów epoki 2.0. Dziś prezentuje się na niej blisko 200 tys. twórców z całego świata, którzy łącznie wystawiają do sprzedaży ponad 2 mln produktów, od haftowanych serwetek po meble. Od października ubiegłego roku działa też w Polsce.

I wcale nie jest jedynym takim serwisem. W Polsce znacznie wcześniej, bo już w 2005 r., pojawiła się Pakamera.pl – dziecko innego młodego małżeństwa: Julity i Mateusza Wojczakowskich. – Z podróży po Stanach Zjednoczonych przywiozłam piękną, ale i drogą torebkę. Koleżanki były nią zachwycone i też zamarzyły im się podobne. Zastanawiałam się, czy nie uda mi się jej odtworzyć. Szukając materiałów i inspiracji, odkryłam, jak wiele osób także robi dziesiątki wspaniałych rzeczy – ubrania, biżuterię, meble – samodzielnie. Tak pojawił się pomysł na stworzenie serwisu, w którym mogliby się pokazać i znaleźć kupców dla swoich dzieł – opowiada Wojczakowska.

Dziś w Pakamerze wystawia się i sprzedaje blisko 1,3 tys. takich rękodzielników czy, jak wolą się nazywać, twórców handmade. Na DaWandzie jest ich blisko 2,3 tys. Dodatkowo działa około 500 blogów poświęconych DIY. – I praktycznie codziennie pojawiają się nowi artyści, rzemieślnicy oraz chętni, by kupować ich produkty – zapewnia Szałek.

To i tak nic w porównaniu z tym, jak ten rynek wygląda w Stanach Zjednoczonych. Tam od 2005 r. rozwija się ogromny serwis Etsy. Portal, założony przez trio dwudziestokilkuletnich wówczas wspólników, od początku pomyślany był jako przedsięwzięcie biznesowe. I jak się okazało, założyciele idealnie wstrzelili się w potrzeby rynkowe. Już po dwóch latach udało im się przyciągnąć 100 tys. sprzedawców z całego świata. Obecnie Etsy zatrudnia 300 pracowników, ma 800 tys. aktywnych sprzedawców i ponad 40 mln odwiedzających miesięcznie. W zeszłym roku sprzedaż na portalu przekroczyła 525 mln dol.

Recykling i upcycling

Ale DIY to przede wszystkim sposób na życie. Wybiera go coraz więcej osób, które potencjalnie powinny robić karierę w zupełnie innych dziedzinach. Tymczasem właśnie w majsterkowaniu, szyciu, robieniu na drutach, ozdabianiu mebli, własnoręcznym wytwarzaniu biżuterii i innych – kiedyś popularnych, a ostatnio wciśniętych do lamusa – prac domowych odnajdują swoje powołanie. Choć nierzadko otoczenie jest początkowo zszokowane. – Kiedy mój mąż Mateusz razem ze mną decydował się na rzucenie pracy w korporacji i to nie byle jakiej, bo w firmie Deloitte, znajomi i rodzina myśleli, że oszalał – śmieje się Julita Wojczakowska. A jednak w ślady Wojczakowskich, Szałka i majsterkowiczów rękodzielników, którzy wystawiają produkty w ich portalach, idzie tak dużo osób, że mijający tydzień został ogłoszony Ogólnopolskim Tygodniem DIY. Swoje prace na warsztatach i specjalnych targach prezentują setki twórców. Kreatywna Kasia pokazuje swoje recyklingowe projekty np. bransoletek ze starych gazet czy stolików z drzwi od szafek i donic, Viola Orzechowska z Inżynierii Designu własnoręcznie robione i ozdabiane fantazyjne talerze, miski i ceramiczne abażury lamp, a minifirma LeBle indywidualnie projektowane zaskakujące krzesła. A to tylko malutki wycinek.

– Gdy zaczęliśmy się bogacić, z anteny zniknęły programy Adama Słodowego. Zdawało się, że minęły czasy, kiedy umiejętność radzenia sobie w domu lub garażu stanowiła wyznacznik zaradności. Sklepy są przecież pełne gotowych rzeczy, a do naprawy zawsze można zatrudnić fachowców. Majsterkowanie w porównaniu z poważną pracą intelektualną i karierą wydawało się zbyt trywialne. To jednak zaczęło się zmieniać – tak Marcin Szałek tłumaczy popularność DIY. – DaWanda w Niemczech robiła badania, co jest motorem tej zmiany. Są trzy zasadnicze powody. Po pierwsze, ludzie szukają produktów oryginalnych, po drugie, coraz częściej chcą wiedzieć, kto odpowiada za ich wykonanie, nudzi ich anonimowość masowych marek. Po trzecie wreszcie, to kryzys zmusił nas do tego, by zanim się coś wyrzuci, zastanowić się najpierw, czy nie da się tego naprawić albo wykorzystać w inny sposób – opowiada szef DaWanda.

Do It Yourself to już nie jest krótkotrwała moda. To raczej nowy sposób życia, w którym praca własnych rąk staje się wyznacznikiem zrównoważonego, zdrowego podejścia do świata. Poważne znaczenie ma też aspekt ekologiczny i ekonomiczny. Stąd najsilniej rozwijają się w nim dwa trendy. Recykling, czyli przetwarzanie zniszczonych przedmiotów, oraz upcycling, czyli robienie czegoś nowego z czegoś starego.

Coraz częściej współczesnym rękodzielnikom udaje się zarabiać na tyle dobre, że porzucają dotychczasowe zajęcia i poświęcają się idei zrób to sam. – Około połowy naszych sprzedawców utrzymuje się z handmade – przekonuje Wojczakowska. W DaWandzie oceniają, że ten stosunek jest raczej bliższy 30/70, gdzie większość to hobbyści, którzy tylko dorabiają do stałej pracy. – Ale pojawiają się kolejne osoby, którym tak dobrze idzie z DIY, że skupiają się tylko na tym – dodaje szef DaWanda.

Motory zamiast etatu profesora

Ruch DIY ma już nawet swoje legendy. Chyba najbardziej znana opowiada historię amerykańskiego doktora filozofii Matthew Crawforda. Kiedy w 2001 r. ten naukowiec zamienił dobrze płatny etat szefa think tanku George C. Marshall Institute w Waszyngtonie na zakład naprawy motocykli, jego znajomi i rodzina pukali się w głowy. Przecież nikt rozsądny nie zrezygnowałby z kariery naukowca na rzecz zajęcia dla robotników. Jednak szybko okazało się, że nie był to chwilowy wymysł mężczyzny w kryzysie wieku średniego. Crawford dosyć szybko odnalazł się w nowej pracy i to tak skutecznie, że zaczął na naprawianiu motocykli zarabiać równie dobrze, co wcześniej jako naukowiec. A do tego nie porzucił wcale do końca pracy intelektualnej. W 2009 r. napisał książkę, w której tłumaczy, dlaczego w warsztacie czuje się bardziej szczęśliwy i spełniony niż w biurze. W „Shop Class as Soulcraft” Crawford dowodzi, że praca fizyczna może przynosić wymierne korzyści – finansowe, bo fachowa robota jest w cenie, moralne, bo ma się poczucie dobrze wykonanego zadania, ale też intelektualne, bo prace manualne wymagają myślenia i przypominają rozwiązywanie łamigłówek. Inna legendarna neorzemieślniczka, która jest wzorem dla twórców na całym świecie, to Mako, młoda dziewczyna z Niemiec, której minibiznes z ręcznym szyciem ubrań tak się rozwinął, że dziś zarabia na nich dziesiątki tysięcy euro.

Nic dziwnego więc, że tym rynkiem coraz bardziej interesuje się także wiele tradycyjnych sklepów. Sieci takie jak Leroy Merlin, Castorama czy Bricomarche, oferujące materiały do budowy i urządzania domów i ogrodów, w ostatnich latach mocniej podkreślają, że proponują sprzęt nie tylko do dużych inwestycji, lecz także do drobniejszych prac domowych. Wyraźnie odwołują się przy tym do idei DIY. Nic dziwnego, skoro mimo kryzysu w branży budowlanej wciąż notują wzrost obrotów, za co odpowiadają właśnie drobni majsterkowicze. Bartłomiej Tarkowski z Bricomarche wylicza, że wartość całego rynku DIY w Polsce jest szacowna aż na 38 mld zł i w ciągu roku wzrosła o ok. 30 proc. Co ciekawe, obecnie o połowie zakupów dokonywanych w sklepach tego typu decydują kobiety, podczas gdy jeszcze siedem lat temu w blisko dwóch trzecich wypadków wyboru dokonywali mężczyźni.

Coraz większa jest też oferta producentów materiałów do decoupage’u (ozdabianie przedmiotów wzorami wyciętymi z papieru), robienia biżuterii, ceramiki, malowania na szkle, szycia i robienia na drutach oraz dziesiątek innych robótek domowych. – To jest samonakręcający się biznes. Jedni zarażają następnych. Co chwilę pojawiają się nowe pomysły i techniki produkcji – przyznaje Julita Wojczakowska.