Cuda, ludziska, cudeńka! Przybywajcie i patrzcie. Nigdzie nie zobaczycie czegoś takiego. Baba z dwiema głowami? Cielę z brodą? Stonoga o kulach? To wszystko nic w porównaniu z tym miejscem. Gabinet krzywych luster także niech się schowa. Tutaj nic nie jest takie, jak by się na pierwszy rzut oka mogło wydawać. Zapraszamy na wycieczkę po mieście, w którym zogniskowała się cała nasza ojczyzna ze swoimi wadami i zaletami. Tu zobaczycie ją prawdziwą: bezradną biedę i bogatą siłę dzielnych ludzi. Ujrzycie kawałek Unii Europejskiej i pola nędzy obsiane perzem. Kawałek chlubnej historii i błotnistą ciapę rzeczywistości.

Jeśli wierzyć statystykom, Szydłowiec, 14-tysięczna miejscowość na południowej rubieży województwa mazowieckiego, jest piekłem na ziemi. Jedna liczba: 38 proc., opisująca bezrobocie w powiecie, już wystarczy, żeby wyobrazić sobie, jak żyją ludzie w tym miejscu. Żeby jednak było zabawnie, na statystyczną głowę, jak mówią mieszkańcy, przypadają tu dwa samochody. Wybory parlamentarne wygrywa tu w cuglach PiS, ale powiatem już dziesiąty rok rządzi ekipa sympatyzująca z Platformą. Cuda?

Tu jest rzeź. Mieszkamy nie w mieście, a w rzeźni – pan, z którym ucięłam sobie pogawędkę tuż przed tym, jak puścił zakład za 3 zł (na tyle go stać), nie ma co do tego wątpliwości. Punkt pod nieco archaiczną nazwą Totolotek mieści się w samym centrum miasta, naprzeciw okazałego ratusza. Aż oczy trzeba mrużyć od skrzącej się w wiosennym słońcu bieli elewacji tego późnorenesansowego budynku (na remont, według informacji w BIP, poszło jakieś 8 mln zł, większość ze środków unijnych). Tuż obok, przy uliczce wokół ratusza, szyld „Alkohole”. Nazwa prosta i jasna, bez niedopowiedzeń typu „delikatesy” czy „sklep całodobowy”.

Do „rzeźni” wiedzie gładka dwupasmówka, ze stolicy można po niej przeskoczyć w niecałe dwie godziny. Trzeba bardzo uważać, bo wzdłuż szosy ustawiono radar za radarem. A między radarami patrole drogówki. Tylko anioł przejedzie i nie zapłaci. Krajowa siódemka niepostrzeżenie przechodzi w dobrze utrzymaną drogę. I prowadzi do serca miasta: tego odnowionego za pieniądze unijne ratusza. Stoi on na wyspie ryneczku otoczonego rondem brukowanym kostką. Granitową, co jest nie bez znaczenia dla tematu, ale o tym później. Wdzięczne kamieniczki, czyste chodniczki, kupki starego śniegu pozgarniane w schludne kopczyki. Wszystko to wygląda jak plan filmu, z którego urwali się statyści. Nie widać nawet bezdomnych psów. Biegających za piłką dzieci. Par zakochanych spacerujących w słońcu przedwiośnia. A to sobotnie przedpołudnie. Tylko wąskie uliczki zarośnięte są szpalerami parkujących na styk samochodów. Jednak żadne tam wypasione audice, nie grube merole. Same robociarskie fiaty, biedne, stare peugociki, volkswagen się trafi. I ta dziwna cisza. Ale nie, istnieje tu życie. Pod „Alkoholami” stoją żury, przepijają i wytrzeszczają gały. A nad nimi powiewają flagi. Biało-czerwona. I ta niebieska z gwiazdkami. Czyli Europa.

Będę pracować, ale na czarno

Kiedy już założyłam swoją firmę, kiedy kupiłam pierwszą maszynę, kiedy zdarłam sobie na kamieniach ręce do krwi, uznaliśmy z mężem, że czas zatrudnić pracownika – opowiada Anna Kowalska. Dała zgłoszenie do urzędu pracy. To było w kwietniu, bo sezon na wydobycie piaskowca, z którego słynie Szydłowiec, zaczyna się wiosną, jak stopnieją śniegi i słońce osuszy błota. Trwa do jesieni. I wie pani, ilu chętnych przez ten czas się zgłosiło? – Anka, niewysoka szatynka o wrażliwej twarzy, zawiesza głos niczym aktor odgrywający rolę.  Dziesięciu?- rzucam, czując podstęp. Ha, ha, ha - śmieje się Anka. Trzech! Od kwietnia do października  wysuwa trzy rozczapierzone palce. Potem je zgina, wyliczając: Pierwszej oferty nawet nie wzięłam pod uwagę, bo w imieniu ponadczterdziestoletniego syna zadzwonił ojciec, tłumacząc, że syn o niczym nie wie, no i jest nieśmiały. Drugi był pan, który chciał zostać dyrektorem, a przynajmniej kierownikiem, a nie łupać piaskowiec. Trzeci był mężczyzna po wyroku. Mówił, że chce pracować. Przyjęłam go. Zapłaciłam za badania lekarskie. Za kursy, żeby zdobył uprawnienia do pracy z maszynami do urobku kamienia. Wydałam mu odzież roboczą. I... tyle go widziałam - opowiada.

Anka, 37 lat, dwójka dzieci, z wykształcenia jest, jak się śmieje, ochroniarzem, czyli ma dyplom magistra inżyniera ochrony środowiska. Z powodów rodzinnych i sentymentalnych po studiach, zamiast uciec jak większość szydłowieckiej inteligencji do większego miasta albo za granicę, wróciła. Kocham to miejsce - mówi. Ale ochraniać w Szydłowcu nie ma za bardzo czego, nawet sztuczny zalew pomyślany kiedyś jako atrakcja turystyczna zarósł już dawno brudem. Annie udało się dostać pracę w urzędzie gminy: koordynowała prace interwencyjne dla bezrobotnych. Ale przy zmianie politycznego rozdania zmieniają się urzędnicy, więc dołączyła do swoich podopiecznych i wylądowała na bezrobociu. Wysyłałam setki CV, nawet do policji aplikowałam – relacjonuje. Wreszcie pojęła, że jak sama nie pomyśli o swoim życiu, na innych nie ma co liczyć.

Miała to szczęście, że dostała od rodziców działkę ze złożami piaskowca. To bogactwo Szydłowca. Już od przełomu wieków XV i XVI kamień stanowił solidną podstawę funkcjonowania tej miejscowości. Sprawiał, że co znakomitsze rody tamtych epok – Odrowąże, Szydłowieccy, Radziwiłłowie – inwestowali w rozwój miasta. Szczęście jednak nie trwało długo. Powstania kozackie pod wodzą Chmielnickiego, epidemia cholery, wreszcie potop szwedzki doprowadziły je do upadku. A ono już nigdy tak naprawdę się nie podniosło. Bywały lepsze chwile, np. w II RP, kiedy to w Szydłowcu produkowano karoserie do polskich samochodów AS (pierwsze taksówki Warszawskie tam robiono), czy za PRL-u, gdy wybudowano parę osiedli mieszkaniowych i przedsiębiorstw z Zakładami Elektroniki Przemysłowej „Profel” na czele (robili elektronikę dla wojska). Ale potem wszystko popadało i od lat powiat szydłowiecki jest stolicą Polski i Unii Europejskiej w kategorii bezrobocie. Najlepszy przykład: w Profelu, który kiedyś zatrudniał z górką 1,7 tys. osób, dziś utrzymało się niespełna 150 pracowników. I tak się tu wszystko sypie od 1989 r. Sukces transformacji ominął Szydłowiec łukiem. Nie było tu gwałtownego rozwoju kapitalizmu. Ludzie podzielili się na trzy grupy: tych, co jakoś dają sobie radę na miejscu, tych, którzy wyjechali, oraz tych, co siedzą na bezrobociu i nauczyli się, jak żyć z opieki społecznej (tę wiedzę odziedziczyło już drugie pokolenie).

Anka opowiada anegdotę o tym, jak w Szydłowcu szuka się pracy. Do kopalni piaskowca przychodzi mężczyzna, znany fachowiec obróbki kamienia. No, mogę dla was pracować - mówi od progu. Ale pod jednym warunkiem, że na czarno – dodaje stanowczo. Właścicielka zdziwiona tłumaczy, że nie może tego zrobić, że to kamieniołom, że niebezpiecznie, jak się by mu co stało, to jej na głowę wejdzie prokurator. Poza tym dlaczego chce pracować na czarno, bez składek emerytalnych? Mężczyzna się uśmiechnął. Ja jestem bezrobotny, moja żona inwalidka, mamy troje dzieci – mówi. I tłumaczy, że jeśli policzy sobie te wszystkie zasiłki i dodatki, jakie dostaje, a które straci, jeśli podejmie oficjalnie pracę, to mu się to nie opłaci, bo proponowana pensja, 1600 zł brutto, nie wystarczy na życie.  A jeszcze ostatnio żona ze mnie w gminie alkoholika zrobiła – rzuca na koniec. Teraz dzieciaki jeżdżą na wakacje za pieniądze Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych.

Jednak to prawdziwe bezrobocie w Szydłowcu też jest, okopało się i nie zamierza się wynosić. Cwaniactwo, wiadomo, ludzie uczą się i wezmą z systemu wszystko, na co on pozwala – a pozwala na wiele. To jednak tylko część rzeczywistości. Tadeusz Piętowski, dyrektor powiatowego urzędu pracy (ostatnio wyrósł na telewizyjną gwiazdę, bo co rusz musi się tłumaczyć przed kamerami, dlaczego na jego terenie jest taka bida z nędzą), szacuje szarą strefę na 8, może 10 proc. Bo żeby pracować, choćby na czarno, to trzeba mieć gdzie – powiada. A tu największym problem jest brak firm, które mogłyby zatrudniać. – W łańcuszku bezrobotny – pośrednik – pracodawca brakuje ostatniego ogniwa – ironizuje. Wczoraj na stronie PUP było sześć ofert pracy. Cztery za 1,6 tys. brutto. Jeden staż za 953 zł brutto. I rodzynek: dla lekarza psychiatry (5–7 letni staż pracy) do Samodzielnego Publicznego Szpitala dla Nerwowo i Psychicznie Chorych – 3,2–4,4 tys. zł. brutto (tyle co dla rezydenta, ktoś musiałby zwariować, żeby przyjąć tę propozycję). W skali roku pojawia się może sto ofert pracy, przy 6,3 tys. zarejestrowanych bezrobotnych. W tym roku na aktywizację zawodową, staże, prace interwencyjne i inne świadczenia w budżecie Powiatowego Urzędu Pracy w Szydłowcu jest ok. 8 mln zł (razem ze środkami z UE). Średnio 1270 zł na zarejestrowaną bezrobotną głowę. Można by drugi ratusz wyremontować. I może byłby to pożyteczniejszy sposób wykorzystania pienidzy.

Samemu dać sobie pracę

Miasto jak powietrza potrzebuje inwestorów, ale ci się nie pchają. Ludzie zakładają więc jednoosobową działalność gospodarczą – za pieniądze z Unii. W zeszłym roku 20 tys. zł na założenie firmy wzięła setka świeżych biznesmenów. Ze statystyk wynika, że ok. 60 proc. z nich będzie prowadzić firmę dłużej niż dwa lata. Jednak prawidłowość jest taka, że kiedy kończy się ulgowy ZUS – większość padnie. Część przesunie się do szarej strefy.

W najgorszej sytuacji, jak zresztą w całej Polsce, są młodzi. Zwłaszcza jeśli skończyli studia, mają przechlapane: ich nawet do kamieniołomu nie wezmą, bo tacy z białymi dłońmi się nie nadają. Arek Gula, 82. rocznik, żonaty, ojciec niemal 2-letniej córeczki, skończył informatykę w Radomiu i wrócił do Szydłowca. – Bo to w gruncie rzeczy fajne miasto i fajni ludzie – zachwala. Ale przyznaje, że większość swojego rocznika stracił z oczu: jak nie Warszawa, to Kielce, a najczęściej Holandia, Norwegia, Wyspy, nawet Australia i RPA. Szydłowieccy, wszy, jak na nich mówią z powodu tablic rejestracyjnych WSZ, są wszędzie. Młodsi od niego tak samo: kończą szkołę i jadą w świat. Nawet dyrektor Piętowski przyznaje, że w ich przypadku to jedyna rozsądna strategia. Arek łapał się różnych rzeczy: był handlowcem, trochę pracował dla Agencji Restrukturyzacji Rolnictwa, odbył nawet staż w policji, ale do tego to się nie nadawał. Trzy lata temu założył agencję reklamową Meduza (bo niby taka delikatna, ale potrafi się obronić). Ulotki, plakaty, strony internetowe – malutki pokoik w kamieniczce naprzeciw ratusza. Sam jest dyrektorem kreatywnym, artystycznym i copywriterem. Arek jest spokojny i wyważony. Ciemna karnacja, ciemne oczy, zgrabna sylwetka. Mógłby załapać się do agencji modeli. Jednak skoczył na głęboką wodę. Wiedziałem, że jeśli mam mieć pracę, muszę zatrudnić sam siebie. Nie miałem wyjścia, więc musiało się udać – mówi. I jakoś utrzymuje rodzinę.

Wkurza go, że od lat jego miasto przedstawiane jest jako jedna wielka patologia.  Bezrobocie, bieda, nic, tylko sobie w łeb strzelić – burczy zły. Tymczasem, jak się rozejrzeć, to jest tu mnóstwo ludzi z głową i z pomysłami. Na przykład taki Chris Janowski, robi moWery, czyli rowery z silnikami. Odjazdowe. Piękne, wystylizowane, sprzedają się na całym świecie.

Chris ma 38 lat, jest z Poznania, ale żonę znalazł z Szydłowca, więc na jakiś czas tu się osiedli. Wcześniej, przez 16 lat, pracował na południu Niemiec, tuż przy francuskiej granicy. Tam wpadł na pomysł moWerów, wrócił, no i się udało. Znalazł klientów, otworzył manufakturę, zatrudnił trzy osoby. Ale teraz przenosi interes do Warszawy, już otworzył punkt na ul. Łopuszańskiej. Stąd bliżej do klientów. A koszty pracy? – pytam. On się tylko śmieje. W tej okolicy prawie każdy pracował kiedyś za granicą, więc ludzie wiedzą, ile można zarobić. Cenią się i nie pójdą robić za najniższą krajową – wykłada. Wolą wsiąść w samolot. Chciałem wziąć ze sobą do Warszawy człowieka z Szydłowca. Nie chciał, za daleko, za mało kasy. Naszym bliżej do Londynu.

Chris jest zdania, że ta cała awantura z bezrobociem w okolicach Szydłowca jest mocno napompowana. Bo do urzędu zapisują się zarówno ci, co pracują na czarno, jak i ci, co wyjeżdżają za granicę, kobiety, które i tak siedziałyby w domu z dziećmi. On by tę liczbę grozy, 38 proc., podzielił przez dwa. Zwłaszcza że bezrobocie na niemal niezmienionym poziomie utrzymuje się od lat, nie bacząc na koniunkturę w kraju czy jej brak. – Jak raz w miesiącu zagranica wraca do domu, to dopiero widać, o czym mówię – kwituje Chris. Bryki jak z katalogu jadą pod PUP. Wprawdzie dyr. Piętowski zaprzecza i mówi: – Ci, co wyjechali, to na stałe, nie figurują u nas w ewidencji. Jednak inny z samorządowych urzędników przyznaje, że w takich zagłębiach bezrobocia jak ich instytucje kontrolujące mają mocno przymknięte oczy. Bo co, karać drobnego przedsiębiorcę za to, że zatrudnia kumpla na czarno, bo nie stać go, żeby tamtemu płacić ZUS? To obaj razem z rodzinami zostaną bez środków do życia. Więc niech lepiej jakoś kombinują i żyją.

Dziesiątki ludzi z miotłami

Zwiedzam miasto w towarzystwie Marcina Banaszczyka, rocznik 86. To kolejny wariat, który zdecydował się zostać. Maszerujemy uliczkami tak czystymi, że można by jeść z ziemi. Jak nie ma być czysto, jeśli każdego dnia kilkadziesiąt osób z miotłami wyrusza w miasto – opowiadał mi wcześniej szef pośredniaka. Roboty publiczne i interwencyjne, staże – PUP nakleja plasterki na najbardziej poranione miejsca tkanki społecznej. Ale dlaczego nie ma graffiti na murach? – nie jestem w stanie zrozumieć. Nie ma młodych, to kto ma malować – Marcin wzrusza ramionami. No, faktycznie.

Jednak poza odnowionym za unijne pieniądze centrum nie jest już tak ładnie. Wchodzimy na Górę Trzech Krzyży (miejscowi mówią, że to gigantyczny kurhan, mogiła ofiar epidemii cholery sprzed wieków). Z jednej strony widać efektowną panoramę miasta. Obrócisz głowę w drugą – osiedle walących się domków, niemal slumsy. Ale za to jest bezpiecznie – tłumaczy szybko mój przewodnik. Można chodzić ciemną nocą po najbardziej zakazanych ulicach bez strachu, że zarobi się w głowę i zostanie bez portfela. Marcin zna miasto od podszewki. Zresztą z tego żyje. Studiował w Lublinie, fajnie było, ale tęsknił do tej swojej szydłowieckiej dziury. Wtedy zaczął pisać bloga, o miejscach, które były mu bliskie, o ludziach. Było tyle wejść, że strona na Onecie się blokowała, więc założył swoją. Nawet nie spostrzegł, kiedy hobby zamieniło się w pracę. Portal www.naszszydłowiec.pl ma co miesiąc 10 tys. odsłon. Na 40-tysięczny powiat to sporo, pojawiły się więc płatne reklamy. Marcin każdego dnia stara się zamieścić 2–3 nowe artykuły, nie wchodzi do tyłka władzy, jest niezależny. Może dlatego tylu fajnych ludzi chce z nim rozmawiać.  Na przykład Dominik Furman, chłopak, który zaczynał grać w Szydłowiance Szydłowiec, a teraz jest w Legii - wylicza. Znanych person pochodzących z Szydłowca jest więcej. Żeby tak historycznie sięgnąć, zespół Azyl P, który wylansował w latach 80. hit „Mała Maggie”, też był z Szydłowca. Tyle że fakt, iż lider kapeli Andrzej Siewierski popełnił w 2004 r. samobójstwo, kładąc się pod koła pociągu, przysporzył temu miejscu ponurej sławy. Jakby jej miało za mało.

Andrzej Jarzyński, burmistrz Szydłowca, jest spięty i poirytowany podczas rozmowy. I ja go rozumiem, bo ostatnio mu się dostaje od wszystkich, a już trzecią kadencję jest chłopcem do bicia. Kiedy rozmawiam z ludźmi z Szydłowca, zastrzeżeń do samorządu jest wiele. Najczęściej pojawiające się to takie, że władze nie mają pomysłu na miasto i okolice. Oraz że kierują się strategią „byle przeżyć”. W Bałtowie, w województwie świętokrzyskim, zrobili przemysł turystyczny wokół kości dinozaura – wylicza Anna. W Bliżynie czy Krajnie postawili na narciarzy. A u nas zero, nul. Nawet jak remontowali ten ratusz i rynek, to kostkę dali granitową, zamiast postawić na swój piaskowiec. Był dobry, żeby posłużyć do budowy Pałacu Kultury w Warszawie, dla Szydłowca za słaby - irytuje się.

Dlatego przedsiębiorcy robiący w kamieniu podpisali partnerstwo „Piaskowiec szydłowiecki” – żeby się promować. Prócz nich do programu weszły organizacje pozarządowe i samorząd. W tym roku będą po raz pierwszy organizować święto piaskowca, może się to przełoży na sprzedaż i przyciągnięcie inwestorów. I może się uda doprowadzić do tego, żeby lokalne zawodówki kształciły fachowców od obróbki kamienia. Bo kursy robione przez urząd pracy są od czapy – dopowiada Marcin. Kiedy budowali dyskonty w mieście na kursie uczącym obsługi kas fiskalnych naliczył 64 osoby. To by się minister Rostowski ucieszył – kasa fiskalna w każdym domu i zagrodzie.

Na razie z partnerstwa jest ten pożytek, że jego zebrania dają alibi pomieszczeniom w Centrum Obsługi Inwestora oraz Inkubatora Przedsiębiorczości (na remont budynków poszło 1,3 mln zł). Bo oprócz tego niewiele się tam dzieje. Mimo dwóch przetargów nie udało się wybrać operatora, który zgodziłby się za mniej niż 8 tys. zł miesięcznie zarządzać budynkami (w tym płacić za media). Wkrótce będzie rozpisany trzeci przetarg. Jak się nie znajdzie chętny (a media są kosztowne, choćby z powodu elektrycznego ogrzewania), to pewnie zarządzanie spadnie na gminę. I znów będzie awantura.

 Bo mnie się wydaje, że u nas ludziom po prostu nic się robić nie chce. Tylko narzekają – uważa Agnieszka Banaszczyk. Filigranowa blondynka, lat 47, matka trójki dzieci. Właścicielka kwiaciarni (tak, zgadliście, w rynku, naprzeciw ratusza). Sprzedaje kwiaty, udziela się społecznie, gra na perkusji i trenuje nordic walking. Ona także, jak większość miejscowych, dorabiała za granicą, we Włoszech. Zarobiła, wróciła, stara się iść do przodu. Jak się tylko zrobi trochę cieplej, przed swoją kwiaciarnią wystawi stoliki, będzie serwowała ludziom kawę. Może jakiś zabłąkany turysta, jak posiedzi wśród pachnących kwiatów i popatrzy na ratusz, powie znajomym, że Szydłowiec to ładne miasto. I sam kiedyś wróci. Od dziesięciu lat w strategii gminnej powtarza się hasło: Szydłowiec drugim Kazimierzem. Ale na haśle się kończy.

To trochę tak, jak ze specjalną strefą ekonomiczną (a raczej podstrefą, bo główna jest w Starachowicach). Niby jest, a jakby jej nie było. Owszem, w tej niby strefie jest dogorywający Profel, jest Mikrostar i Biella (robią tu segregatory biurowe). Niedawno wydzielono wzdłuż S7 (tam, gdzie tyle radarów) 62 ha dodatkowego obszaru. Tyle że własność gruntów jest trójdzielna – samorząd, gmina i prywatni właściciele. Jak się znajdzie inwestor (jeśli z ulotek się dowie, że taka możliwość istnieje), będzie się musiał sam ze wszystkimi dogadywać.

Procedury, jak mówią gminni urzędnicy, zostały wdrożone, a to najważniejsze. Jak Bóg da (a w Szydłowcu jest kościół jego sługi św. Zygmunta, a w nim relikwie tego burgundzkiego władcy z VI wieku utopionego przez nieprzyjaciół w studni), przyjdzie słoneczna wiosna, a wraz z nią prace sezonowe i bezrobocie w Szydłowcu nieco spadnie. Jeśli panowie spod „Alkoholi” w rynku za bardzo nie zdenerwują niebios, to poprawi się koniunktura na świecie i w Europie. Wtedy jeszcze więcej aut z rejestracją WSZ wyjedzie ze swoimi właścicielami na dłużej, do pracy. A jak zarobią, to wrócą i wydadzą. Będą stawiać domy, więc więcej piaskowca pójdzie na okładziny i ogrodzenia. Może nawet zaczną kupować kwiaty dla swoich kobiet. Bo, jak mówi Agnieszka, koniunkturę w Szydłowcu można szacować po tym, co się u niej w kwiaciarni sprzedaje. Teraz idą wieńce na pogrzeby. A wolałaby zarabiać na bukietach i ślubach.

Informacja z ostatniej chwili: w Lotto nikt w Szydłowcu szóstki nie trafił. Nie pojawiło się także żadne nowe graffiti.